Najnowsze

Kasia Wolnik-Vera: Hiszpańskie życie Polki mieszkającej w Katalonii

Kasia Wolnik-Vera – Polka, która od dekady mieszka w Barcelonie, wyjechała z kraju nagle za miłością. Z dnia na dzień rzuciła pracę, aby zacząć życie od początku, w nowym miejscu, z nowymi ludźmi i nowymi doświadczeniami. Teraz po latach opowiada na portalu Kulturalne Rozmowy o swojej decyzji, o życiu, pracy fotografa oraz codzienności w Katalonii. Zapraszam na niezwykle ciekawą i pełną emocji rozmowę w ramach cyklu „Polacy na emigracji”, z której dowiecie się, jacy są Hiszpanie i co jedzą czy jak pracują. Będzie ciekawie. 


Dlaczego zdecydowałaś się na wyjazd do Hiszpanii? Od jak dawna mieszkasz w tym kraju?

Kasia Wolnik-Vera: Przyjechałam do Barcelony dokładnie 30 grudnia 2009 roku. A zaprowadziłam mnie tutaj miłość. To był jedyny powód mojego wyjazdu. Zawsze podobał mi się język hiszpański. Chciałam zwiedzić Hiszpanię, ale nie planowałam emigracji. To ciekawe, że hiszpańskiego tak na poważnie zaczęłam się uczyć bodajże rok przed wyjazdem, nie planując, oczywiście, jeszcze niczego. Podobno wszystko w naszym życiu dzieje się we właściwym czasie… A dziesięć lat temu to był też dla mnie czas zmian na wielu płaszczyznach. Kiedy więc na mojej drodze pojawił się mój przyszły mąż, nie myślałam długo, nie kalkulowałam, tylko wyjechałam.

Czyli postawiłaś wszystko na jedną kartę. Jak wyglądały te pierwsze miesiące pobytu w nowym miejscu? Z jakimi problemami borykałaś się po przyjeździe do Hiszpanii?

Pierwsze miesiące pobytu to była najcięższa od dziesięcioleci (na warunki hiszpańskie) zima w Barcelonie, łącznie z jednodniowymi opadami śniegu. Możecie się śmiać, ale ja byłam naprawdę zamarznięta i kaszlałam chyba do wiosny, nie przyzwyczajona do nowego, tak wilgotnego klimatu. Teraz już od wielu lat nie wiem, co to czapka czy buty zimowe. Problemy? Nie wiem, czy nazwać to problemami, ale z perspektywy czasu widzę tylko jeden problem: mój brak szybkiego “ogarnięcia”, chwycenia byka za rogi i przebojowego pójścia do przodu. Za dużo czasu zajęło mi ułożenie sobie pewnych spraw w głowie i odcięcie od przeszłości, aby móc zacząć w pełni cieszyć się i czerpać z tego, co miałam wokół, otworzyć na nowe możliwości.

Czego musiałaś się nauczyć oprócz języka, oczywiście?

Musiałam właśnie zmienić swój stan umysłu, to podstawa. Ale to wiem dzisiaj, wtedy tego nie wiedziałam. Może też dlatego, że to była pierwsza poważna zmiana w moim życiu, pierwsza emigracja. A nauka języka to sama przyjemność. Nigdy nie miałam bariery językowej, mimo że przyjechałam z podstawową chyba w sumie znajomością języka. Po roku wylądowałam już na kursie na poziomie zaawansowanym.

Czy było Ci łatwo odnaleźć się wśród Hiszpanów i poczuć się jak „swoja” a nie „dziewczyna z Polski”? Co Ci w tym pomogło?

Nigdy nie czułam się dziewczyną z Polski w pejoratywnym tego słowa znaczeniu. W ogóle nigdy nie czułam się jak ktoś obcy. I właściwie nie wiem, dlaczego. Może to kwestia mojej osobowości. Może też to wpływ Barcelony i ogólnie nadmorskiej części Katalonii pełnej ludzi z całego świata. Sami Hiszpanie są też przyjaźnie nastawieni do innych. Poza tym, ja tutaj od razu wpadłam w środowisko “lokalsów”, do rodziny mojego męża, jego znajomych, przyjaciół. Nigdy nie czułam się emigrantem, nie lubię tego słowa. Zasze uważałam się za Europejkę, która ma takie samo prawo, aby żyć w Hiszpanii jak Hiszpanie.

Czyli jednak było łatwiej… Czy było coś, co Cię totalnie zszokowało lub pozytywnie zaskoczyło?

Tutaj to musiałabym sięgnąć do mojego starego bloga! (śmiech) To był mój zapis pierwszych wrażeń i zdziwień. Nieznajomi, którzy z ogromnym zaangażowaniem udzielali informacji o drodze, o miejscach, w ogóle o wszystkim. Banki, które zamykają swoje podwoje o godz. 14. Wszechobecne wózki na zakupy. Brzydkie i zimne mieszkania. Inwazja skuterów. Ludzie na tarasach, w barach, kawiarniach celebrujący dolce far niente. Bylejakość strojów, na którą nikt nie zwraca uwagi, której nikt nie ocenia. Szacunek do innych, niezależnie od tego, czym się zajmują i ile zarabiają. Przy poznawaniu nowych ludzi brak pytań typu: “co robisz”, “gdzie pracujesz”, “co kończyłeś”. Dodatkowa pensja przed urlopem i na święta w grudniu. “Przymusowe” miesięczne wakacje w pracy, najczęściej w sierpniu. Luz w wyrażaniu siebie, w kontaktach z innymi. Uprzejmi sprzedawcy. Mówienie na “ty” praktycznie od razu i z wszystkimi. Całowanie na powitanie i pożegnanie, przy przedstawianiu się z nowopoznanymi osobami, i ogólnie ciągłe obejmowanie, przytulanie, poklepywanie. Te dwa całusy w policzki bardzo mi przypadły do gustu, są o wiele lepsze niż zimne i moim zdaniem mało higienicznie podawanie ręki. To jest to, co na gorąco mi się przypomniało, ale lista na pewna mogłaby być o wiele dłuższa.


Trochę już o tym wspomniałaś, ale opowiedz więcej: jacy są rodowici Hiszpanie i jaki jest ich stosunek do Polaków i innych nacji? Jakie mają zwyczaje, przesądy? Czego moglibyśmy się od nich nauczyć?

Choć w Katalonii mieszkają Hiszpanie z całego kraju, to jednak mogę mówić przede wszystkim o Katalończykach. Trochę inni będą na pewno Andaluzyjczycy, a jeszcze inni mieszkańcy Galicji. O Katalończykach mówi się, że są najbardziej “zamknięci”. Na pewno są wyjątki, ale z mojego doświadczenia wynika, że są super otwarci! Jacy wobec tego muszą być ci z Sewilli (śmiech)?
Przesądami nigdy się szczególnie nie interesowałam, a o zwyczajach hiszpańskich można by rozprawiać godzinami! Zamiłowanie do gadania, komentowania, krzyczenia, gestykulowania, siedzenia w barze, na piwie albo na tapas z przyjaciółmi, zakupów, futbolu…
Nie zauważyłam jakiegoś szczególnego stosunku Hiszpanów do Polaków. Pamiętam, że na początku mojego pobytu tutaj, kiedy mówiłam, że jestem z Polski, słyszałam od Katalończyków “o! my też jesteśmy Polakami!”. Hiszpanie, nie wiadomo do końca dlaczego, nazywają Katalończyków “Polacos”. Może chodzić o inny, dziwny język (kataloński) albo historię i walki niepodległościowe. Czego Polacy mogliby się nauczyć od Hiszpanów? Nie odkryję Ameryki, jak powiem, że pogody ducha, otwartości w stosunku do bliźniego, umiejętności korzystania z życia.

A co z tzw. polską mentalnością? Czy udało Ci się wpasować w tamtejsze obyczaje i mentalność?

To trudne pytanie. Ja nie jestem typowym, stereotypowym Polakiem, narzekającym, cieszącym się z nieszczęścia sąsiada, wrogim wobec wszystkiego, co nie polskie itd., ale znowu niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że to być może właśnie cechy polskiej mentalności były jednym z czynników, które przez lata mnie blokowały i ciągle blokują, nazwijmy to, w drodze do pełnego sukcesu (takie mało lubiane w Polsce słowo). Myślę tutaj o braku wiary we własne siły, umniejszaniu własnych osiągnięć, przyzwyczajeniu do niskich standardów, do smutku, przekonaniu, że bogaty to na pewno nieszczęśliwy i zły, że nie da się połączyć bycia szczęśliwym i dobrym małżonkiem, rodzicem, człowiekiem z sukcesem materialnym. Bo jeśli starcza do pierwszego i nie ma długów, to już jest super i nie wypada chcieć więcej. A ci Hiszpanie ciągle w restauracjach przesiadują, taki zbytek, taki luksus…! Albo ciągle gdzieś latają, jeżdżą…To ja też tak mogę? To mnie się to należy? Bo inni żyją bez tego i “nie wydziwiają”. Cele życiowe, bucket list? – fanaberie… I nie chodzi mi tutaj absolutnie o konsumpcyjne podejście do życia (jestem totalnie antyzakupowa), ale o pozwolenie sobie na rozwój, na spełnianie marzeń, na podarowanie sobie odrobiny przyjemności. Mnie wszyscy postrzegają jako osobę super pozytywną, zawsze uśmiechniętą i faktycznie taka jestem, ale czasem gdzieś tam z tyłu głowy kotłują mi się myśli typu “nie ciesz się za bardzo, nie mierz za wysoko, bo zaraz coś walnie…”. Korzystanie z życia w południowym stylu bez poczucia winy może nie być łatwe.

Oj, chyba wiem, o czym mówisz… Porozmawiajmy trochę o pracy. Czym zajmujesz się w Hiszpanii? Jak realizujesz swoje pasje?

Kiedy przyjechałam do Hiszpanii, jedyny plan zawodowy jaki miałam na siebie, to pisanie. Całe życie nic innego w Polsce nie robiłam. Wymyśliłam sobie naiwnie, że napiszę książkę. No i ją napisałam (Przystanek Barcelona). Co więcej, wydawnictwo samo się do mnie zgłosiło. Najpierw jednak byłam blogerką, pisałam codziennie, robiłam zdjęcia i to dlatego mnie zauważyli i docenili. Celowo nie piszę, że “mi się udało”, gdyż samo nic się nie robi. Potem odezwała się do mnie wedding planner z Polski z pytaniem, czy zrobiłabym zdjęcia parze, która miała brać ślub w Barcelonie. Tak powstał pomysł, aby zająć się fotografią. Potem raz napisałam na blogu o zaręczynach w Barcelonie, a wtedy posypała się prawdziwa zaręczynowa lawina (śmiech). Piszą do mnie chłopcy, mężczyźni, którzy chcą zrobić dziewczynie niespodziankę i oświadczyć się jej w Barcelonie. Pomagam więc w organizacji, wybieramy atrakcyjne miejsce i robię zdjęcia. Na początku miałam tylko klientów z Polski, teraz z całego świata, głównie z USA. Tam jest bardzo modne robienie sesji zdjęciowych z wszelakich wyjazdów, a jeśli jadą do Barcelony, to gdzie jeśli nie tutaj! Robię więc sesje zaręczynowe, portretowe, rodzinne, z miesiąca miodowego, oczywiście, plenery i reportaże ślubne. Zagraniczni klienci i wakacyjne zdjęcia to jest jeden kierunek mojej fotografii. A drugi to hiszpańskie, lokalne sesje rodzinne, czasem brandingowe lub bardzo popularne tutaj zdjęcia do sieci społecznościowych. Poza tym, czasem oprowadzam. Miałam też przygody z pracami etatowymi, kiedy “od–do” siedzi się przy komputerze i robi różne automatyczne zadania, codziennie te same. To było cenne doświadczenie. Z jednej strony jest super, co miesiąc na konto wpływa stała wypłata. Z drugiej, godzę się na spędzenie swojego życia w biurze i życie od weekendu do weekendu i codzienne obiadki w plastikowych pojemnikach odgrzewane w mikrofali.


Co podoba Ci się w Hiszpanii? Miejsca, ludzie?

Nie zwiedziłam jeszcze całego kraju, ale tak, na pewno miejsca. Hiszpania jest bardzo różnorodna krajobrazowo i sama Katalonia również. Ja uwielbiam Śródziemnomorze i wszystko, co się z nim łączy. Smaki, kolory, styl życia… Klimat oczywiście. Teraz dla mnie jeden zachmurzony dzień oznacza już spadek energii. Wiesz... człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja (śmiech). No i zawsze jest zielono wkoło! Nawet zimą. I kiedy wskaźniki zanieczyszczenia powietrza wskazują w Katowicach koło setki albo i więcej, u mnie jest 2.

Opowiedz o życiu codziennym w tym kraju? Jak spędzają wolny czas przeciętni Hiszpanie?

Przeciętny dzień w życiu przeciętnego Hiszpana. Na godz. 8.30, 9. jedzie do pracy, wcześniej zaprowadza dzieci do szkoły (na 9). Często rano nic nie je, ponieważ czas na śniadanie jest w pracy. Około 10 jest tradycyjna kawa i rogalik czy kanapka (oczywiście przerwa w pracy) Pracuje się do godz. 14 i jest przerwa na sjestę, na obiad. Wraca się na 16 i często zostaje do 19, 20. Kiedy Niemiec kończy kolację w domu, Hiszpan dopiero wychodzi z pracy. A w tzw. międzyczasie jeszcze dzieci mają przerwę w szkole i ktoś musi je odebrać, dać im obiad i zaprowadzić z powrotem, a potem odebrać o 17., jak tu pogodzić pracę na etacie z życiem rodzinnym?! Nie wszyscy mają taki absurdalny czas pracy (np. banki czy urzędy zamykają o 14), ale takie są standardy. Hiszpanie mają w Europie najdłuższe przerwy na posiłki. Pracują najdłużej i najmniej efektywnie. Śpią krótko, palą, niestety, papierosy, a i tak – jak donoszą wszystkie badania i statystyki – są najzdrowszym i najdłużej żyjącym narodem na świecie.
Z jednej strony mamy tutaj słynną śródziemnomorską kuchnię, ale nie wszyscy z niej korzystają – widzę, jakie ludzie świństwa wkładają do koszyków w marketach… Więc może jednak lejąca się wszędzie strumieniami oliwa z oliwek jest tym cudownym eliksirem życia (śmiech). No i oczywiście niewątpliwie dobre relacje z innymi ludźmi, udane życie towarzyskie – to podobno one sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi i zdrowi. Jak spędzają wolny czas Hiszpanie? Ano właśnie, idą do ludzi, gadają, plotkują, piją, jedzą, kibicują, spacerują.

Teraz trzeba zejść na ziemię i porozmawiać trochę o pieniądzach, mimo że temat jest dość kłopotliwy. Ile więc trzeba wydać miesięcznie na życie, mieszkanie i wszelkie inne opłaty, aby móc swobodnie przetrwać do przysłowiowego „pierwszego”? Ile wynosi przeciętna pensja emigranta i czy bardzo różni się ona od pensji obywatela Hiszpanii?

Koszty życia zależą od miasta. Inne będą w Barcelonie czy Madrycie, inne np. w Granadzie. Nie ma czegoś takiego jak pensja emigranta. Pensja zależy od rodzaju wykonywanej pracy, od kwalifikacji. A przeciętna hiszpańska pensja to 1200–1500 euro. Mieszkania w Barcelonie i w okolicy są teraz bardzo drogie. Nie ma porównania do tego, co ja zastałam 10 lat temu. Teraz w zasadzie niemożliwe jest wynajęcie czegoś normalnego (nie 20/30 metrów) za mniej niż 700 euro. Mieszkanie to zdecydowanie największy i zupełnie nieproporcjonalny do hiszpańskich pensji wydatek. Z prądem, gazem, internetem i telefonem można się zmieścić w 100 euro. Znam osoby, które na jedzenie na dwie osoby wydają nie więcej niż 250 euro. Transport – najpopularniejsza karta na metro, busy, pociągi (w Barcelonie jest transport zintegrowany) kosztuje 10, 20 euro na 10 przejazdów, a miesięczna na pierwszą strefę 54 euro.


Co w hiszpańskiej kuchni lubisz najbardziej? Jaka ona jest? O oliwie już wspomniałaś, ale opowiedz jeszcze o kulturze jedzenia posiłków i organizacji dnia. 

Kuchnia hiszpańska jest zróżnicowana i każdy region mają swoje typowe produkty, potrawy. Nawet w obrębie Katalonii inne specjały serwuje się na Costa Brava, a inne w Pirenejach. Ale wspólnym mianownikiem jest kuchnia śródziemnomorska oparta na świeżych, lokalnych produktach, rybach i owocach morza, mięsach (jednak nie w roli głównej), warzywach i owocach, przyprawach, oczywiście lokalnej oliwie z oliwek i winie.
Do tego dochodzi gościnność, zamiłowanie do gotowania, biesiadowania, celebrowania posiłków, czyli innymi słowy slow food. Pora obiadu i kolacji jest święta. Najbardziej w hiszpańskiej kuchni lubię prostotę, to że zwykły chleb nacierany pomidorem, czosnkiem i polany oliwą staje się pyszną i zdrową przekąską. Uwielbiam oliwki, oliwę (od 10 lat nie wiem, co to masło i margaryna). Powiem tak na marginesie, że w Polsce nie cierpiałam oliwy, a w Hiszpanii przekonałam się, że tutaj oliwa ma zupełnie inny smak niż ta “polska”. Od początku pokochałam owoce morza, a moją ulubioną przekąską jest ośmiornica a la feira po galicyjsku. Uwielbiam i sama często robię zupę z karczochów. Jem katalońskie ślimaki, króliki, wszystkie możliwe ryby, dużo pysznych kozich serów, mango i awokado z Malagi… długo by wymieniać. W Hiszpanii nauczyłam się jeść soczewicę, ciecierzycę, rukolę, roszpunkę… Słowem, odkryłam zupełnie inny kulinarny świat. Kiedy wyjeżdżałam, nie było jeszcze w Polsce takiej mody na zdrowe jedzenie i eksperymentowanie w kuchni. Nadal jednak uwielbiam pierogi, gołąbki, kluski śląskie, robię kapustę kiszoną z fasolą, barszcz czerwony, pomidorową, ciasto drożdżowe, sałatkę jarzynową. Chociaż na schabowego w panierce już raczej nie dałabym się skusić (śmiech). Nie wyobrażam sobie już też jedzenia kapanek załadowanych szynkami czy kiełbasami.

Co przeniosłabyś do polskiej kuchni z Hiszpanii? 

Na pewno dużo lekkich, prostych dań, przekąsek ze świeżych produktów. Dawno w Polsce nie jadłam, na pewno wiele się zmieniło. Czytam, że teraz wszędzie jest moda na zdrowe slow food, z drugiej strony, słyszę, ja jakość jedzenia w Polsce znacznie się pogorszyła, że docierają do nas gorsze jakościowo produkty, że nie ma wyboru ryb, owoców, że sama chemia wszędzie… Kiedyś zawsze mówiłam, że brakuje mi polskiego chleba, ale podobno teraz to już nie ten sam chleb, co dawniej.
A z polskiej kuchni do hiszpańskiej? W zasadzie większość produktów do zrobienia polskich dań można tutaj kupić. Już wiem! Zjadłabym tradycyjne ogórki kiszone, tradycyjny polski sernik, ciasto z rabarbarem i zupę szczawiową!

A co ze służbą zdrowia – jak wygląda leczenie w tamtejszych placówkach zdrowotnych? Czy również jest tak samo dostępne jak u nas? Pytam też o stronę finansową.

Ja korzystam tylko z publicznej służby zdrowia (poza, np. dentystą), chociaż wielu moich znajomych ma dodatkowo prywatne ubezpieczenie. Ja nie widzę takiej potrzeby. Zarówno ja jak i mąż korzystaliśmy z opieki specjalistów i nie czekaliśmy długo na wizyty czy na badania. Ale to są nasze doświadczenia, jeśli chodzi o lekarzy każdy ma swoje historie. Nie wiem też, jak jest w Andaluzji czy w Murcji, mogę mówić tylko o Katalonii. Ogólnie publiczna hiszpańska służba zdrowia ma dobrą opinię. Moja szwagierka niedawno rodziła w “zwyczajnym” szpitalu przy czerwonym krzyżu i była bardzo zadowolona z opieki. Miała dla siebie cały pokój i naprawdę dobre warunki. Podczas ciąży też chodziła tylko do państwowego lekarza.
Jak wygląda kwestia dostępności? W Katalonii publiczna, bezpłatna służba zdrowia jest dostępna dla wszystkich. Kiedy ja wyrabiałam kartę zdrowia 10 lat temu, dostałam ją bezterminową, mimo że nie miałam żadnej pracy czy ubezpieczenia, ani nie byłam jeszcze mężatką (mój mąż jest z Ekwadoru, ale ma też obywatelstwo hiszpańskie).
Emigranci nielegalni, bez dokumentów, mają zawsze dostępność do opieki na pogotowiu, a po trzech miesiącach od zameldowania też do lekarza pierwszego kontaktu i specjalistów, a kobiety w ciąży, dzieci czy osoby z poważnymi chorobami mają od razu pełną opiekę medyczną.


Jakie wymagania musi spełnić emigrant starający się o pracę w Hiszpanii? Jak wygląda proces rekrutacji oraz podejście pracodawcy do pracownika obywatela czy emigranta?

W przypadku obywateli unijnych trzeba mieć NIE, czyli numer identyfikacyjny cudzoziemca, który jest zarazem numerem identyfikacji podatkowej. Dostaje się go na policji. To taki nasz hiszpański dowód osobisty. Proces rekrutacji zapewne zależy od firmy, a podejście pracodawcy do pracownika-emigranta jest takie samo jak do nie-emigranta. Moja koleżanka Polka dostała pracę w katalońskiej firmie i pracuje z samymi Katalończykami, mimo że, kiedy ją przyjmowali, nie mówiła po katalońsku, tylko po hiszpańsku. Liczyły się kwalifikacje.

Jak wygląda kwestia polityki emigracyjnej i ekonomicznej, prawa do pobytu, nostryfikacji dyplomu, pozwolenia na pracę i wreszcie obywatelstwa? Mogłabyś coś na ten temat powiedzieć?

Kiedy ja wyrabiałam NIE, dostałam go od ręki. Teraz zmieniły się przepisy i nie śledzę już tych spraw dokładnie, ale aby dostać stałe NIE, trzeba mieć pracę albo oszczędności (chociaż w przypadku oszczędności tak naprawdę nikt tego jakoś dokładnie nie sprawdza). I jeśli nie ma się pracy, trzeba wykupić prywatne ubezpieczenie zdrowotne. A kiedy będzie się już miało NIE i tak dostanie się kartę publicznej służby zdrowia, więc tego prywatne ubezpieczenia można nie przedłużać po roku, gdyż takie zwykle są umowy. Też trzeba wziąć pod uwagę, że hiszpańskie urzędy rządzą się swoimi prawami i – w zależności od tego, na jakiego urzędnika się trafi – dostanie się papier lub nie, załatwi się sprawę lub nie.
Dyplomu nie nostryfikowałam. Kiedyś nawet chciałam to zrobić, ale okazało się, że tłumaczenia byłyby bardzo drogie, a mój dyplom tak naprawdę do niczego mi tu nie jest potrzebny. Może gdybym była prawnikiem czy lekarzem…
O obywatelstwo miałam się starać, ale jakoś ta sprawa w wirze codziennych zajęć gdzieś mi się rozpłynęła. Koszty to ok. 300 euro, w tym jest stała opłata, egzamin z kultury hiszpańskiej (łatwy) i z języka hiszpańskiego (na poziomie podstawowym). Gdybym chciała mieć obywatelstwo hiszpańskie, musiałabym się zrzec obywatelstwa polskiego, a co się z tym wiąże nie mogłabym już np. zwrócić się o pomoc do konsulatu, a do mojego nazwiska zostałoby dopisane rodowe nazwisko mojej matki. Na terenie Hiszpanii nie byłabym już Polką, a w Polsce, oczywiście, tak.

Mówiłaś mi już dużo o codziennym życiu Hiszpanów, ale nie wspomniałaś nic o celebrowaniu świąt. Jakie więc są najważniejsze święta?

W Hiszpanii jest jedenaście oficjalnych, wolnych od pracy świąt. Wszystkie wspólne, a miasta mają też dodatkowo swoje dni wolne od pracy, związane na przykład z lokalnymi fiestami. Z większym i bardziej doniosłym świętowaniem wiąże się Wielkanoc, nie Boże Narodzenie. W całej Hiszpanii jest wolny Wielki Piątek, w Katalonii, dodatkowo, Wielki Czwartek, Poniedziałek Wielkanocny, Zielone Świątki. Przez cały Wielki Tydzień w całym kraju odbywają się procesje, a dzieci mają wolne już od poniedziałku. Wolnym dniem w Katalonii jest też Świętego Jana (24. czerwca). Ważne jest 11. września święto narodowe Katalonii, a w całej Hiszpanii 12. października Día de la Hispanidad na pamiątkę odkrycia Ameryki przez Kolumba.


Czy jest coś, za czym tęsknisz będąc w Hiszpanii? Czy potrafisz powiedzieć, że teraz czujesz się tam jak w domu?

Nie tęsknię, w sensie, że jest to jakaś chorobliwa tęsknota, nostalgia, poczucie braku, które nie pozwala mi tutaj normalnie żyć. Na początku ciągle myślałam o tym, ile rzeczy mnie omija, ile zostawiłam, a co by było, gdyby…, itd. Tak było, ponieważ nie umiałam sobie wypełnić czymś życia tutaj. Tak, czuję się tutaj jak w domu, ale też domem zawsze będą dla mnie Katowice. Te dwa miejsca nie muszą się jednak ze sobą kłócić. Chciałabym zrobić sobie kiedyś z mężem, może też z jakimiś naszymi hiszpańskimi znajomymi, taką podróż po całej Polsce, przecież tak naprawdę wielu miejsc w ogóle nie znam. Za czym tęsknię? Mam przed oczami taki sielski obrazek polskiej wsi latem, z łąkami, pszczołami, złotymi łanami kołysanymi wiatrem, lasem, dworkiem (śmiech).

Jak wpłynęła na Ciebie emigracja? Czego Cię nauczyła?

Była zmianą, wyjściem poza strefę komfortu, a co się z tym wiąże, oczywiście, rozwinęła mnie, pokazała inny świat, innych ludzi. Życie w innym miejscu to zawsze nowe wrażenia, nowe doświadczenia, nowe umiejętności, nowe możliwości. Trudno mi teraz stwierdzić, czy, np. samodzielności, większej pracowitości, nauczył mnie wyjazd do Hiszpanii czy po prostu opuszczenie cieplutkiego rodzinnego gniazdka (śmiech). Na pewno tutaj nauczyłam się większego dystansu do siebie, do życia, luzu, nieoceniania innych po wyglądzie, statusie materialnym, cieszenia się z drobnych rzeczy.

Na zakończenie naszej ciekawej rozmowy, poproszę Cię o radę dla osób, która tak jak Ty niegdyś stoją przed wyborem wyjazdu czy pozostania w Polsce?

Jak mówią Hiszpanie “la vida son dos días” – życie trwa dwa dni. Jeśli naprawdę czujesz, że chcesz sprawdzić, jak wygląda życie w innym miejscu, jedź. Najważniejsze, żeby podjąć decyzję albo w jedną, albo w drugą stronę. Brak decyzji nie pozwala spokojne żyć. Poza tym, nic nie musi być ostateczne. Zawsze można wrócić albo jechać jeszcze gdzie indziej.

To prawda. Bardzo dziękuję za wspaniałą rozmowę i życzę powodzenia w realizacji dalszych planów.
Rozmawiała: 

2 komentarze:

  1. SUPER opisuje pobyt w Katalonii.podoba mi się to.Żyć do przodu.ZDROWIA.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tytuł "Hiszpańskie życie w Katalonii" Cóż za niezręczność, gdy od roku trwają ruchy tożsamościowe w Hiszpanii. I ani słowa o tym w wywiadzie - to płytkość Polaków na emigracji, czy padło na takie osoby?

    OdpowiedzUsuń