Najnowsze

S A B I N A: Najważniejsze to wierzyć w siebie i stawiać sobie cele

SABINA czyli Sabina Karwala, to niezależna artystka, która na polskim rynku muzycznym zadebiutowała na początku 2018 roku, prezentując swój pierwszy singiel zatytułowany „Kołysanka”. Utwór ten poprzedził live sesję trzech autorskich utworów, ukazujących artystkę wraz z jej zespołem. Swoją drogę artystyczną rozpoczęła od studiów w Łódzkiej Szkole Filmowej. Zagrała m.in. w musicalu „Chicago”, a teraz wydaje swój debiutancki album „Lepidoptera”, o którym opowiada na portalu Kulturalne Rozmowy. 



Wyobraź sobie, że przedstawiasz się osobom, które nigdy o Tobie nie słyszały, co im o sobie powiesz?

Sabina Karwala:
Cześć, jestem Sabina. Mam 27 lat. Uwielbiam śpiewać, z wykształcenia jestem aktorką. Jestem wstydliwa, choć wielu ludzi uważa, że poważna.
Mam wielkie marzenia. Lubię się wysypiać. Najlepiej pracuje mi się w nocy. Bardzo dobrze czuje się na scenie, mimo że nie potrafię jeszcze poskromić stresu przed samym wejściem.
Mam wyrzuty sumienia, gdy mało zrobię w ciągu dnia. Wiecznie coś planuję. Nie umiem odpoczywać tak, żeby nie myśleć.
Jestem towarzyska, ale tylko wśród swoich. Ponad wszystko kocham swoją rodzinę
i przyjaciół. Szanuję skromnych ludzi o wielkim sercu. Nienawidzę ściemy i fałszu. Mam problem z zaufaniem.
Moja super moc to zdecydowanie intuicja.

Skończyłaś Szkołę Filmową w Łodzi, ale zajmujesz się śpiewaniem i to w dodatku alternatywnym. Co spowodowało, że podjęłaś taką decyzję?

Nie tylko alternatywnym. W szkole muzycznej śpiewałam w chórze. W liceum jeździłam na warsztaty gospel. Przez rok miałam nawet zajawkę na jazz i brałam udział w warsztatach jazzowych
w Puławach. Potem był soul na tapecie, aż wreszcie dotarłam do Amy Winehouse, od której się uzależniłam.
W szkole teatralnej natomiast uczyłam się piosenki aktorskiej. To była dla mnie zupełna nowość. Zmierzenie się ze śpiewaniem po polsku i z interpretacją… Trudna sprawa.
Nie lubiłam śpiewać po polsku, ponieważ wydawało mi się, że wszystko brzmi fatalnie. Złościłam się. Po angielsku wychodziło, miałam lepszą barwę, a po naszemu zawsze jakoś tak dziwnie… Ale to już na szczęście przeszłość.
Teraz uwielbiam śpiewać po polsku, co widać na płycie. Jedynie trzy piosenki są po angielsku.
Miałam fantastycznych profesorów w filmówce, przekonali mnie, a co ważne – za każdym razem zadawali podstawowe pytanie: „Zastanów się, po co wychodzisz na scenę i co chcesz przekazać swojej widowni?”.
A po szkole zaczęłam grać w musicalach. To też zupełnie inny rodzaj techniki wokalnej.
Wracając do śpiewu alternatywnego, bo o to pytałaś, hmm... czy ja wiem, czy można mój wokal nazywać alternatywnym? Raczej nie. Mój projekt jest wpisywany w alternatywny pop, elektro pop, ale to raczej kwestia brzmienia płyty, a nie wokalu.
Wokal na płycie jest emocjonalny. Jest mixem tych wszystkich inspiracji i szkół, przez które przeszłam. Nie skupiałam się na tym, JAK zaśpiewać, tylko co chce przekazać.
Wokalnie jeszcze dużo pracy przede mną. Jak tylko znajdę więcej czasu, zapiszę się do jakiegoś dobrego nauczyciela i będę chodzić regularnie na lekcje, pracować nad emisją głosu i nad techniką. Mój głos cały czas się zmienia, nabieram doświadczenia za każdym razem, gdy wychodzę na scenę. Jestem obecnie na etapie prawidłowego oddychania (śmiech).

Czego nauczyła Cię szkoła filmowa? 

Świadomości przede wszystkim. A oprócz świadomości, oczywiście podstaw, warsztatu, techniki i dyscypliny, pracy w zespole, kultury, szacunku do partnera scenicznego i wielu, wielu innych rzeczy. Szkoła była wielką inspiracją, pomogła mi odkryć moje miejsce, dała możliwość obcowania zarówno z teatrem jak i z filmem. Ukształtowała mój gust i artystyczny kierunek. Oprócz tego poznałam wspaniałych, zdolnych ludzi, z którymi spotykam się często zawodowo.

Łódzka filmówka jest uznawana za najlepszą w Polsce. Jaki masz stosunek do wykształcenia? 

Mocną stroną szkoły filmowej jest to, że w jednym budynku spotyka się aktor, reżyser, operator i producent. Mogą stworzyć wspólnie etiudę, teledysk, film. Mają nawet razem zajęcia, które są okazją do nawiązania kontaktu na całe życie. Widują się codziennie w kolejce po kawę, wymieniają się inspiracjami, idą razem do kina albo do teatru, spacerują i rozmawiają o kulturze..
Trochę się zagalopowałam w tym wymienianiu, ale tak właśnie było na studiach. Było naprawdę super. Szkoła filmowa w okresie studiowania jest dla Ciebie wszystkim. Przez pierwsze dwa lata prawie w ogóle z niej nie wychodzisz. Masz tyle zajęć, że ciężko jest Ci się wyrwać na obiad do mamy. Na wydział aktorski przyjmują małą grupę osób, a egzaminy są bardzo trudne. Nic dziwnego, że po zdaniu egzaminów następuję etap wielkiej fascynacji szkołą, profesorami, studentami z wyższych roczników, filmem, teatrem, zajęciami i wszystkim innym, co się z tym wiąże. To magiczny czas.
Ostatnio słuchałam w podróży audiobooka „Harry Potter and the philosopher’s stone” w ramach ćwiczenia języka angielskiego i co chwile miałam skojarzenia z moją szkołą (śmiech).
Filmówka to trochę taki Hogwart, tylko aktorski. Chociaż w sumie aktorstwo też bywa czarodziejskie? Jestem dumna, że ukończyłam taką szkołę i bardzo wdzięczna, że pracowałam z tak wspaniałymi profesorami. Ukierunkowali mnie jako artystkę i rozwinęli moją wrażliwość najlepiej, jak tylko potrafili.


Czy uważasz, że skończenie dobrej szkoły jest gwarantem sukcesu i ogromnej kariery? Czy jednak jest nim coś zupełnie innego?

Każdy ma inne oczekiwania po ukończeniu takiej uczelni. Jedni chcą grać w teatrze, inni w serialach. Jeszcze inni chcą spróbować swoich sił w reżyserii i zdają na drugi kierunek… „Szkoła to nie wszystko” – od początku nam to powtarzali. Najważniejsze to wierzyć w siebie i stawiać sobie cele. Nie poddawać się. Ten zawód bywa bezwzględny i okrutny. Telefon milczy, Ty czekasz, spada Twoja pewność siebie i zaczynasz się załamywać.. Nikt Ci nie mówi, jak sobie z tym radzić. Nie wolno do tego dopuścić! Trzeba iść po swoje, kombinować. Wykorzystywać każdą okazję. Początki są trudne, ale tak jest chyba po każdej uczelni. Trzeba sobie zadać pytanie, czego ja tak naprawdę chcę, w czym jestem dobry. Co mnie interesuje i jak mogę to w sobie rozwijać?
Ten zawód jest bardzo stresujący, ponieważ należy do wolnych zawodów,dlatego żeby się nie stresować, trzeba dobrze zaplanować każdy rok i myśleć o planie awaryjnym.

Zaczęłaś od występowania na deskach teatralnych, o czym już wspomniałaś podczas naszej rozmowy. Jakie role masz za sobą? 

Na trzecim roku szkoły pojechałam na Przegląd Piosenki Aktorskiej do Wrocławia. Mój występ usłyszał Wojciech Kościelniak, który później zaprosił mnie do dwóch produkcji.
Pierwszą był spektakl „Sześć wcieleń Jana Piszczyka” wystawiany w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej, w moim mieście rodzinnym. Drugą „Chicago” w krakowskim Teatrze Variete. To naprawdę fart, że pojechałam na casting do Bielska. Nie śledziłam sytuacji w tym teatrze, ponieważ zaraz po maturze wyprowadziłam się z miasta. Nie wiedziałam, że pojawiło się ogłoszenie o castingu. Los jednak sprawił, że mój znajomy z wyższego rocznika zobaczył to ogłoszenie na grupie swojego roku. Wiedział, że marzę o współpracy z Wojtkiem i mi o tym powiedział. Pojechałam. Tak się szczęśliwie złożyło, że Wojtek pamiętał mnie z PPA, które było chwile wcześniej i razem z dyrektorem teatru podjęli decyzję, że zagram Irenę Kłopotowską. To był szczyt moich marzeń! Spełnienie absolutne! Doświadczyłam prawdziwego teatru, współpracowałam z zawodowymi aktorami, miałam naprawdę świetny czas, którego nigdy nie zapomnę.
Po premierze wróciłam do Łodzi i rozpoczęłam próby z Anną Augustynowicz do spektaklu dyplomowego „Iwona, księżniczka Burgunda”. W tej sztuce zagrałam Izę.
W międzyczasie zrobiłam jeszcze zastępstwo w spektaklu „Umrzeć z tęsknoty. Najpiękniejsze piosenki żydowskie” w reż. Waldemara Zawodzińskiego, w Teatrze im. Jaracza w Łodzi. Pokochałam wtedy piosenki żydowskie. Wierzę, że jeszcze kiedyś do nich wrócę.
Później była druga produkcja z Wojtkiem Kościelniakiem, „Chicago”. Zagrałam Velme Kelly. To chyba moja największa i najważniejsza z ról. Wielkie wyzwanie aktorskie, praca nad ciałem, świetny materiał wokalny, orkiestra na żywo, duża obsada, szaleństwo! Kocham grać ten spektakl. Wracam na deski od października.
Tuż po „Chicago” odbyła się też premiera spektaklu „Człowiek z La Manchy” w Teatrze Powszechnym w Radomiu (reż. Waldemar Zawodziński). Zagrałam Aldonzę. To pięknie napisana rola i bardzo trudny materiał wokalny. Duża produkcja z tego wyszła. Niestety spektakli szybko zszedł z afisza i nie mam pojęcia, dlaczego. Nie miałam wpływu na decyzję. Podczas tego spektaklu przeżywałam swoje najpiękniejsze standing ovations!
Bardzo lubię wracać do tych wspomnień. Ludzie uwielbiali ten spektakl, wzruszał ich do łez. Odbiór był za każdym razem wyjątkowy. Tęsknię za tym.

Mówisz, że szkoła ukształtowała Twój gust i pomogła obrać odpowiedni kierunek zawodowy. Opowiesz o nim coś więcej?

Na ten moment kierunek zawodowy to projekt SABINA oraz przedstawianie mojej artystycznej sylwetki szerszemu gronu odbiorców. Będziemy promować płytę przez cały rok. Oczywiście, granie koncertów i spektakli, oprócz tego castingi do filmów i seriali. Zaczynam też myśleć o nowych piosenkach i drugiej płycie. Chcę się po prostu rozwijać, wchodzić w nowe projekty, no i żyć! Spokojnie żyć!

A jeśli chodzi o album i projekt SABINA, niebawem ukaże się Twoja debiutancka płyta "Lepidoptera". Skąd ten tytuł się wziął? Czy na ona związek z treścią, którą chcesz przekazać swoim obecnym i przyszłym fanom?

Zakładałam, że pojawią się pytania dotyczące nazwy albumu i właśnie z tego względu umieściłam na pierwszej stronie bookletu definicję. Lepidoptera oznacza motyla z języka starogreckiego. Tytuł ma symbolizować przemianę młodej dziewczyny w młodą kobietę. Gdy zaczęłam pisać swoje pierwsze piosenki, byłam jeszcze na studiach. W tym czasie doświadczałam wielu nowych rzeczy, musiałam się usamodzielnić. Rozpadł się mój pierwszy związek.
Dzięki tym doświadczeniom dojrzałam i przeobraziłam się w kogoś, kto już trochę bardziej kuma, kim jest i czego chce od życia. Mogę jeszcze dodać, że motyl przyśnił mi się kilka lat temu. To był bardzo magiczny i symboliczny sen. Po przebudzeniu postanowiłam, że właśnie tak będzie się nazywała moja pierwsza płyta.


Jakie będą te Twoje utwory na płycie? Do kogo kierowane? 

Sama ocenisz, jakie są (śmiech). Na pewno szczere i osobiste. I nie chodzi mi tylko o teksty, ale również o muzykę. Nie było takiego momentu na etapie tworzenia tej płyty, w którym ktoś kazałby mi coś nagrać lub zmienić na siłę.
Jestem wdzięczna moim producentom, że nie starali się mnie na siłę przekonać do czegoś, czego nie czułam. Oczywiście, proponowali zmiany, ale zaraz gdy widzieli, że coś nie współgra z moją wizją, odpuszczali. Wiem, że czasami warto się naginać, ale tą świadomość wykorzystam przy tworzeniu drugiego albumu. Pierwszy album miał być w stu procentach mój i taki jest. Nawet jeżeli ktoś powie, że w jednym utworze brakuje refrenu, a w drugim jest jakaś dziwna forma, trudno. Zrobiłam jak czułam, ponieważ mogłam sobie na to pozwolić właśnie teraz. Nie wiadomo jak dalej potoczy się moja kariera, być może mój drugi album będzie napisany i skomponowany w całości przez kogoś,
a nie przeze mnie? Bo będę potrzebowała odmiany? Wypalą mi się pomysły? Nie wiem. Właśnie dlatego wykorzystałam tę szansę i zrobiłam to po swojemu z ogromnym zaangażowaniem
i pasją.

Teledysk do utworu „Miejskie historie” jest w całości stworzony w formie animacji. Dlaczego?

Jest w całości dziełem Weroniki Guenther. Mam na myśli warstwę tekstową oraz teledysk. Weronika stworzyła ten utwór razem z moim producentem, Jankiem Bieleckim. Stwierdzili, że całkiem pasuje do mnie i podarują mi go w prezencie. Zakochałam się, jak tylko usłyszałam demo. Bardzo chciałam mieć takiego singla, ale sama nie potrafiłam takiego napisać.
Po nagraniu finalnych wokali, odezwałam się do Weroniki, ponieważ trzeba było zarejestrować utwór. W międzyczasie intensywnie myślałam nad teledyskiem. Od początku widziałam animację. Weronika w odpowiedzi na moją wiadomość dotyczącą rejestracji zapytała, czy nie chciałabym zrobić animacji do tej piosenki? Czary mary! Nie mogłam w to uwierzyć! Nie rozmawiałyśmy o tym nigdy wcześniej, a mimo to, wpadłyśmy na ten sam pomysł! Niezwykłe.
Bardzo lubię takie sytuacje. Ogólnie uważam, że nic nie dzieje się przez przypadek. To był ewidentnie znak! Zaproponowała, że zrobi pierwsze podejście do tematu.
Weronika jest malarką, a więc sprawa była jasna i prosta. Pomagał jej w tym równie uzdolniony Piotr Marzec.

W muzyce wykorzystujesz dość oryginalne dźwięki: tykające pozytywki, śpiew ptaków czy tykanie zegara. W jakim celu?


Produkcja muzyczna daje wiele możliwości brzmieniowych. Wszystko, co stworzy moja wyobraźnia
w trakcie pisania tekstu, jesteśmy później w stanie przenieść na muzykę. Dzieję się to za sprawą różnych bibliotek dźwięków, którymi dysponują producenci muzyczni. Dam prosty przykład: „Miejskie historie”, czyli miejska dżungla. Skojarzenia są proste – zwierzęta. Dlaczego więc nie skorzystać z odgłosów dzikich ptaków, które ktoś kiedyś zarejestrował i wrzucił do cyfrowej audioteki? Podobnie z „Kołysanką”. Od początku miałam skojarzenia ze zmianą światów. W studio padło hasło „Alicja w krainie czarów”, Janek zaproponował tykający zegar. I tak już zostało! Do tej pory, gdy słyszę na koncercie loopa z tykającym zegarem, wracam do tej chwili w studio i do naszej wymyślonej Alicji. Za to kochamy muzykę elektroniczną. Pomaga się wyrażać.

Mówisz, że płyta jest bardzo osobista, ponieważ opowiada o Tobie samej. Czy w tym właśnie upatrujesz klucz do przyszłego sukcesu płyty?

Hmm… Oczywiście, chciałabym, żeby płyta stała się popularna i była słuchana przez wszystkich ludzi w tym kraju, ale nie to jest sukcesem. Sukcesem jest dla mnie to, że w ogóle udało mi się ją wydać. Podczas naszej rozmowy mam już spokój ducha, ponieważ kilkaset sztuk czeka na mnie grzecznie w domu. Drugie tyle wysłaliśmy do Empiku, a jeszcze inne znajdą za chwilę swoje miejsce w moim sklepie internetowym, by następnie trafić do naszych drogich słuchaczy. Cieszę się, że płyta jest piękna i elegancka. I że ładnie pachnie! Cała ekipa, na czele z Kornelem Barwińskim bardzo starała się, by ta płyta wyglądała tak, jak wygląda.
A co będzie? Nie wiem. Staram się nie mieć oczekiwań. Bardzo to przeżywam, bo to mój pierwszy album, ale zaczynam już powoli myśleć, co dalej. Zaczęłam nawet pisać kolejne piosenki, żeby nie dać sobie miejsca na pustkę, nerwy, stres i oczekiwania, a co najgorsze – liczenie wyświetleń i lajków.


Kreujesz się na artystkę niezależną. Jakie możliwości daje Ci ta niezależność? Czy nie „zdradzisz” kiedyś swoich przekonań i nie zaczniesz robić czegoś komercyjnego, co przyniesie dochód?

Mówiąc „artystka niezależna” nie mam na myśli „ta, która rezygnuje z projektów komercyjnych”. Zupełnie nie. Chodzi bardziej o to, że w tym projekcie jestem szefem dla samej siebie i biorę całkowitą odpowiedzialność za to, co robię. Nikt się nie wtrąca w moje wizje i pomysły. Zawsze chciałam mieć swój projekt solowy, być liderem zespołu. Marzyłam o tym. Kiedyś chodziło tylko o muzykę, ale w trakcie realizacji tego marzenia doszło jeszcze podejście biznesowe. Nie zdawałam sobie sprawy, że to wszystko jest tak trudne i poważne. Wszystko wymaga czasu i cierpliwości, ogromnej pokory, odpowiedniej opieki prawnej, dobrej organizacji i super zespołu, który to wszystko ze mną uciągnie. Taka jest cena niezależności. To nie jest łatwe, ale można się wiele nauczyć.
Sama widzisz, że nie chodzi tutaj o pieniądze. Gdyby ktoś mi zaproponował udział w fajnej reklamie, zgodziłabym się. Podobnie z kasowym filmem. Nie mam nic przeciwko komercyjnym projektom, jeżeli są robione w dobrym guście.

Dlaczego Twoja muzyka ma kolor opalizujący? Co to oznacza? 

Często wyobrażam sobie, że coś lub ktoś ma jakiś kolor. Mam to chyba po mamie. Cyfra 5 była dla mnie od zawsze czerwona. Siódemka natomiast niebieska, a trójka pomarańczowa. Rzeczywiście, w jednym z wywiadów zapytano mnie o kolor mojej muzyki. Gdy zaczęliśmy tworzyć Sabinowe piosenki, każda z nich mieniła się w mojej wyobraźni innym kolorem. Przeważnie były to kolory pastelowe. Opalizujący kolor jest perłowy i ma refleksy różu, błękitu i fioletu. Jakoś mi to pasuje.

Obecnie każdy artysta powinien, a nawet musi promować się mediach społecznościowych. Internet dla niego jest narzędziem pracy. Twierdzisz jednak, że jest to narzędzie dość niepokojące. Skąd ten wniosek? Co Cię niepokoi?

Nie lubię internetu, wiesz? Uważam, że psuje relacje między ludźmi. Nie chce nikogo oceniać, ale byłoby fajnie, gdybyśmy zaczęli spędzać trochę więcej czasu na rozmowach i spacerach, a nie w telefonach. Oczywiście, sama korzystam z social mediów, gdyż tak jak słusznie zauważyłaś, jest to narzędzie mojej pracy. Trzeba się „promować”, by zaistnieć. Niestety. Ale gdybym miała wybierać internet albo jego brak, wybrałabym brak. To wszystko jest dla mnie ściemą. Ludzie udają, że mają super życie, a tak naprawdę zmagają się z samotnością i kompleksami. Kreują sztuczny świat, w który później zaczynają wierzyć. Trudny temat…
Sto razy bardziej wolę się z kimś umówić na herbatę albo rower, niż zaczepiać go na Instagramie.

Co lubisz we współczesnej muzyce, a co totalnie Ci przeszkadza?

Współczesna muzyka... hmm. Ciężko mi powiedzieć, jaka to jest współczesna muzyka. Taka, która jest w modzie? Zauważyłam, że ostatnio w modzie jest disco polo (śmiech). Nie wiem, czego się teraz słucha. Ja słucham różnych gatunków i różnych artystów.
Jestem otwarta. Chodzę na festiwale. Szukam nowych zespołów, obserwuje playlisty. Czasami coś mnie wkręca na rok, czasami na tydzień. Zdarza się, że musze odpocząć od muzy i wtedy słucham tylko książek. Na pewno nie słucham swojej muzyki! Od momentu wydania singla, nie słucham go już ani razu.

Obecnie muzyka, według opinii wielu, jest bardzo skomercjalizowana i produkowana masowo. Czy Twoje zdanie jest podobne? 

Jest produkowana masowo, ale nie mam na to wpływu. Muzyka to biznes. Duże wytwórnie patrzą na słupki i wyniki, nie dbają o to, co wychodzi. Oczywiście nie chce wrzucać wszystkich do jednego wora, gdyż jest mnóstwo fantastycznych artystów, którzy mają fajną wizję i konsekwentnie ją rozwijają, mając przy tym wsparcie oraz opiekę dużej wytwórni, ale często, niestety, zdarza się, że większość tych utworów brzmi tak samo i są to tylko wykreowane hity, na które ma być teraz moda. Ktoś o tym decyduje i koniec. Ludzie nie wybierają tego, czego słuchają. Słuchają radia, które podpowiada im, co jest teraz w modzie i czego trzeba słuchać.
Dlatego cieszę się, że w Polsce powstała tak silna grupa młodych, zdolnych artystów, którzy pokazują, że muzyka może być ambitna i mieć ogromną wartość. Wspaniale, że jeden z najzdolniejszych artystów młodego pokolenia sprzedaje stadiony! To oznacza, że idziemy w dobrym kierunku. Oby tak dalej, Polsko!


Chcesz połączyć aktorstwo z muzyką. Nie boisz się, że z czasem jedna pasja będzie górować nad drugą i będziesz musiała wybrać?

Już tak jest, że trochę wybieram. Od półtora roku pracowałam intensywnie nad płytą. Nie wchodziłam w żadne spektakle, ponieważ wiedziałam, że musze się skupić tylko na jednej sprawie
i doprowadzić ją do końca. Inaczej jedno i drugie by ucierpiało, a ja nie lubię robić czegoś po łebkach.
We wrześniu wydaję album, więc będę miała więcej czasu na przesłuchania i castingi. Być może wejdę w jakieś nowe projekty. W końcu będę miała do tego głowę i będę uczciwa w podejściu do pracy.
Jak dobrze zorganizujesz sobie czas, możesz robić i jedno i drugie. To wolny zawód. Trzeba cały czas szukać okazji do rozwoju i poznawać nowych ludzi, twórców. Płyt nie wydaje się co miesiąc. Spektakli również. Na wszystko można znaleźć czas. Zobaczymy, jak to będzie! Sama jestem ciekawa, co los dla mnie szykuje.

Premiera albumu już we wrześniu. Denerwujesz się? Masz z tym debiutem związane jakieś nadzieje, czy nie kalkulujesz i czekasz na to, co los przyniesie? 


Nie mam oczekiwań. Chciałabym, żeby ludzie polubili moja muzykę i przychodzili na koncerty. O tym marzę.

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia podczas promocji płyty. 

Brak komentarzy