Najnowsze

Maria Kowalska: Aktorstwo uczy mnie słuchania, a nie tylko słyszenia drugiego człowieka

Lubię dobrze napisane i zrobione seriale telewizyjne. Takie z szybką i przemyślaną akcją, z przesłaniem i tajemnicą. Taka jest właśnie produkcja TVN pt. „Pod powierzchnią”, którego pierwszy sezon miałam okazję oglądać niedawno. Niebawem widzowie będą mogli obejrzeć kontynuację historii Oli – zbuntowanej nastolatki z przeszłością, która w dała się w romans z dyrektorem szkoły. Dziś mam okazję rozmawiać o tej postaci z aktorką Marią Kowalską. Studentka Łódzkiej Szkoły Filmowej opowie mi, kim jest jej bohaterka i czym jest dla niej aktorstwo. 


Jest Pani młodą aktorką, która dopiero debiutuje na szklanym ekranie. Proszę opowiedzieć o sobie coś więcej? Kim jest Maria Kowalska prywatnie i zawodowo?

Maria Kowalska: Maria Kowalska, a właściwie Maria Janina Rita Kowalska prywatnie jest wrześniową Panną, która przeżyła już 23 wiosny, wychowała się w małej wiosce Łękawica nieopodal papiesko-kremówkowego miasta Wadowice, wspinając się na owocowe drzewa w sadzie u dziadka i która pewnego dnia postanowiła, że jeśli nie zostanie lekarzem, to będzie aktorką. Zawodowo te wymienione zdanie wcześniej dane i wspomnienia ulegają pewnym modyfikacjom na potrzeby innych światów i tym samym robią ze mnie za każdym razem kogoś, kto różni się w sposób mniej lub bardziej znaczący od oryginalnej „Mary z Łękawicy”.

„Pod powierzchnią” to Pani debiut. Jak wspomina Pani casting do roli? Co musiało się na nim wydarzyć, aby zagrała Pani Olę?

Serial „Pod powierzchnią” jest faktycznie moim debiutem i bardzo się cieszę, że mogłam stać się częścią tego świata.  Jestem wdzięczna Pani Magdalenie Szwarcbart, która jako reżyserka castingu zobaczyła we mnie Olę Kostrzewę. Myślę, że wpłynęło na to wiele czynników równie mocno zależnych jak i niezależnych ode mnie.. Sam fakt, że w ogóle dowiedziałam się o castingu do „Pod powierzchnią” mimo, że jeszcze wtedy nie byłam w żadnej agencji uważam za duży dar od losu a później to już po prostu schowałam wszystkie obawy do kieszeni i wyciągnęłam na stół te swoje cechy, które w moim odczuciu mogłyby pasować do Olki a na koniec spotkałam się jeszcze z serialowym ojcem (w tej roli Łukasz Simlat), serialowym kochankiem (w tej roli Bartłomiej Topa), jego serialową żoną (w tej roli Magdalena Boczarska) i tak to się jakoś poukładało w całość…

Jaka jest Ola widziana Pani oczami?

Ola moimi oczami jest taką roślinką co to sprawia wrażenie kaktusa, ale tak na prawdę jest fiołkiem, który za młodu wzrósł na wyjałowionej ziemi i przez to wytworzył kolce i zaczął kumulować wodę na wypadek gdyby przyszły znów pustynne dni. Ola jako kaktus nie straciła jeszcze jednak do końca słodkiego kwiatowego zapachu, dzięki czemu wciąż jeszcze stara się odzyskać dawną, pierwotną postać.

Dała Pani jej swoją twarz, a co z charakterem, sposobem bycia, patrzenia na świat i ludzi? Bardzo się różnicie?

Różnimy się, ale też mamy cechy wspólne. Teraz kiedy jestem już po nakręceniu drugiego sezonu muszę przyznać, że widzę jednak coraz więcej tych łączących nas nici... Choć może to złudzenie, któremu ulegam, ponieważ przecież ta przygoda z Olą trwa z przerwami już prawie rok, a czas ma to do siebie, że trochę zaciera granice, przyzwyczaja. Gdybym miała wrócić myślą do pierwszego czytania scenariusza i skonfrontować owo wspomnienie z teraźniejszymi odczuciami to myślę, że nieustannie łączy nas jakaś taka szekspirowska romantyczność i coś takiego, co nagle każe ci uciekać na koniec świata, zrobić salto z podestu, z którego skaczą tylko chłopcy czy tańczyć z zamkniętymi oczami do momentu, w którym rozkwasi ci się nos na ścianie.

Czy Ola w drugim sezonie czymś zaskoczy widzów? Czy bardzo się zmieni?

Myślę, że rzeczywistość drugiego sezonu jest trochę takim obrazem pola pełnego ofiar po krwawej bitwie, któremu jednocześnie towarzyszy poczucie, że to jeszcze nie koniec wojny. Bohaterowie malują siebie jakby na nowo, odbudowują swoje pokiereszowane „ja”. Sytuacje Oli dodatkowo komplikuje fakt, iż spodziewa się dziecka. Tym samym odpowiada już nie tylko za siebie samą, ale też za rosnące w niej nowe życie i już choćby to stawia ją w zupełnie innym świetle. Obraz zbuntowanej uciekinierki powoli zaczyna się przekształcać i ewoluować. W którą stronę? Zapraszam do oglądania.

Między Olą a Bartkiem Gajewskim zawiązuje się romans, który niesie za sobą dość poważne skutki. Kim dla Oli jest Bartek? Co ją do niego tak przyciąga?

Wracając do metafory kaktuso-fiołka sądzę, że przyciąga ich do siebie podobna budowa właśnie, podobna historia. Bartek to też taki pachnący fiołkiem kaktus, tylko zdążył zgromadzić trochę więcej wody i dlatego Olka „jadąca” już praktycznie na rezerwach uzależnia się od niego. Tak bym to ujęła.

Gra Pani nastolatkę, a sama jest jeszcze studentką Łódzkiej Szkoły Filmowej. Jak to było móc znów wrócić do czasów nastoletnich? Jaka była nastoletnia Marysia?

Nastoletnia Marysia to znowu nie aż tak odległy termin. Bardzo przyjemnie było cofnąć się o tych kilka lat wstecz, usiąść w szkolnej ławce i rozwiązywać zadnia z matematyki w pamięci w postaci Olki (matematycznego geniusza), co – muszę przyznać – nie do końca leży w mojej naturze, choć uczyłam się w klasie z rozszerzoną matematyką, więc jakoś musiałam „kumać bazę”, mówiąc już chyba bardziej "po gimnazjalnemu". Cóż. Szkolne lata to był dla mnie cudny czas, bardzo pracowity (należałam zawsze do tych pilniejszych uczennic), ale też obfitujący w niezwykłe relacje, które spajał między innymi teatr odgrywający rolę odskoczni, trampoliny do marzeń. Kiedy przychodzą chwile, że brakuje mi energii, pasji wracam tam, żeby sobie poskakać i odzyskuję moc.

Co według Pani kryje się „pod powierzchnią”?

Prawda o nas samych.

Czego uczy Panią aktorstwo już na samym początku kariery? Czego nauczyła się Pani od swojej bohaterki?

Aktorstwo uczy mnie słuchania, a nie tylko słyszenia drugiego człowieka. Myślę, że na tym opiera się prawdziwe aktorstwo, ale też po prostu człowieczeństwo — na partnerstwie. Kiedy jesteś w stanie okiełznać swój egocentryzm i zatopić się w kimś wszystkimi zmysłami — wówczas pojawia się to „coś” zwane „chemią”. Pewnie nie da się nauczyć tejże chemii, gdyż w tym cała magia, ale sądzę, że można doskonalić się w słuchaniu, a to zwiększa przynajmniej prawdopodobieństwo jej wytworzenia i tego się uczę. Sama postać Oli uwrażliwiła mnie przede wszystkim jeśli chodzi o relacje z rodzicami. Doceniłam skarb, jakim jest dom.

Czy fakt, że uczy się Pani w Łódzkiej Szkole Filmowej uważa Pani za przepustkę do sukcesu zawodowego? Co według Pani oznacza sukces w tej branży?

Sukces równa się dla mnie równowaga. Równowaga między przyziemnością a górnolotnością. Kiedy udaje mi się uzyskać ów balans czy to w życiu zawodowym, czy prywatnym czuję, że odniosłam sukces. Szkoła filmowa była dla mnie takim laboratorium, gdzie mogłam badać swoje granice, próbować i uczyć się odmierzać właściwe proporcje w teatrze, filmie, życiu.

O czym marzy Maria Kowalska – aktorka i młoda kobieta?

Maria — młoda aktorka, która jeszcze studiuje, marzy o wartościowych, różnorodnych projektach filmowych i teatralnych, które pozwalają na metamorfozę, a tym samym rozwój. W sferze marzeń Marii — młodej podróżniczki pojawia się temat chęci eksplorowania Afryki, której jest absolutną fanką od czasu podróży po Kenii i Tanzanii. Maria — młoda kobieta, człowiek marzy o tym, aby w codziennych gonitwach nie zapominać o dążeniu do wspomnianej już wyżej równowagi.

I tej równowagi zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej Pani życzę. Dziękuję za rozmowę i czekamy na drugi sezon serialu „Pod powierzchnią”. 

Rozmawiała

Brak komentarzy