Najnowsze

Mateusz Krautwurst: Dziś większy nacisk stawiam na opowiadanie historii, których doświadczyłem

Mateusz Krautwurst – wokalista, producent i autor tekstów w jednej osobie. Wziął udział w telewizyjnych programach dla młodych talentów, ale to uczestnictwo w The Voice przyniosło mu popularność. Oprócz tego współpracował z The Positive. Napisał książkę, a teraz będzie obchodził swoje urodziny podczas realizowanego online koncertu. Zapraszam na rozmowę z artystą o wielu talentach. 


Kiedy poczułeś, że muzyka jest Twoim sposobem na życie? jak w ogóle zaczęła się Twoja przygoda ze sceną?

Mateusz Krautwurst:
Moja przygoda z muzyką zaczęła się od lekcji pianina i obsługi keyboardu u Pana Zdzisława Krawczonka w moim rodzinnym mieście – Przemkowie. Myślę, że to najważniejsze, co mnie spotkało. Dzięki grze na klawiszach mogę dziś tworzyć muzykę nawet w czasie, gdy koncerty są odwołane i tradycyjne formy kontaktu z publicznością nie działają. Mogę programować w zasadzie wszystkie istniejące instrumenty (wirtualne), aranżować, produkować, jednym słowem przelewać pomysły nie tyle na papier nutowy, co ścieżki dźwiękowe w komputerze. Śpiewanie przyszło nieco później. Pierwszy raz wystąpiłem na scenie w zespole Mozaika, gdy miałem 9 lat. Nie śpiewałem. Nie grałem też na klawiszach. Tańczyłem (śmiech!). Jive, cha-cha, samba... Czarne spodnie, czarna koszula i różowa kamizelka. Mam nadzieję, że dotrę kiedyś do takich nagrań VHS.

Z pewnością Twoi fani chętnie by zobaczyli ten występ. W dorosłym już życiu był u Ciebie najpierw zespół, a potem kariera solowa. Która droga okazała się tą właściwą i dlaczego?

Hmmm… W zasadzie pierwszy raz wystąpiłem na antenie TV Polsat w programie GAMA w 2004 roku. Występowaliśmy tam z zespołem pod kierownictwem Jacka Piskorza, z towarzyszeniem takich artystów jak Krzysztof Herdżin, Marek Podkowa, Artur Lipiński czy Piotr Żaczek. Rok później znalazłem się na studiach, a tam powstało The Positive. Oficjalnie zespół nigdy nie przestał istnieć, ale los i życie zawodowe każdego z nas popchnął w nieco inną stronę. W lutym 2021 roku minie 10 lat od wydania naszej płyty, a w maju 15 lat od debiutanckiego koncertu. Mam nadzieję, że to idealna okazja, by zorganizować wspólny występ. Płyta, nad którą aktualnie pracuję będzie płytą solową – płytą wokalisty i twórcy, owszem, ale głównie płytą producencką, koncepcyjną. Nie mogę się doczekać efektu finalnego. W zasadzie część surowych jeszcze nagrań zamierzam pokazać na spotkaniu dla tych, którzy zakupili bilet na mój koncert SOLO AC+ w Six Seasons. Miał odbyć się 2 maja, lecz z wiadomych powodów się nie odbędzie. Jeśli ktoś chciałby się na takie spotkanie ONLINE z mojego studia umówić, serdecznie zapraszam do kontaktu. W innym wypadku przyjdzie jeszcze chwilę poczekać na nowy album.

Co chcesz przekazać swojej publiczności jako wokalista? Na co mogą liczyć Twoi fani słuchając płyty czy przychodząc na koncerty?

Gdy zaczynaliśmy z The Positive, ciężko było porównać energię tych koncertów z czymkolwiek innym. Ludzie pisali o tym „wulkan pozytywnej energii” (śmiech). Muzyka dawała mi uśmiech i o wiele więcej. Nie umiałem ukryć tej radości, gdy graliśmy funk, a chłopaki wciskali solówki w szybkim tempie aż się kurzyło. Ich kunszt wyzwalał nieokiełznaną muzykalność. To mnie rozbrajało. To samo chciałem dawać ludziom. Nie wiem czy jako wokalista. Jako... kumpel. Kumpel, który zaprasza na imprezę (śmiech). Miałem w sobie też sporo buntu wobec plastikowego popu, potężnych silikonowych cycków i karier, które należy budować za wszelką cenę. Być może szydercza forma niektórych piosenek nie zawsze pozwalała to dobrze zrozumieć, ale myślę, że było to wtedy oryginalne. Na pewno odważne. Taki „Liryk” czy „Popik” na koncertach robiły największe zamieszanie. To się jeszcze obroni na żywo. Może właśnie w maju 2021 roku. Trzeba wyczekiwać (śmiech).
Dziś koncentruję się na opowiadaniu historii, których doświadczyłem, które mają morał lub proszą się o taki. Może zupełnie inny dla każdego odbiorcy. Nadchodzący album to wiele piosenek, które w kontakcie 1 na 1 ze mną w tzw. szufladzie przetrwały próbę czasu. Nadal są dla mnie aktualne. Wiem, że będą takie zawsze. Może to śmiałe stwierdzenie, ale mówię o piosenkach, które „skończą” niebawem 20 lat (śmiech).

Co artyście takiemu jak Ty daje szczęście?

Takie doraźne – kiedy kończy się dzień, a ja się napracowałem (śmiech). Wiem, że to może zabrzmieć dziwnie. Ale... Życie niezależnego artysty ma sporo małych komplikacji. Jedną z nich jest konieczność motywowania się do działania i dokonywanie mądrych decyzji w zarządzaniu czasem. Najwięcej pracy i satysfakcji muzycznej dają mi projekty, które niestety nie trafiają do największej liczby odbiorców. To taka dziwna zasada. Chyba chodzi o sam fakt tego, co udało się zrobić, a nie jaki efekt to daje. Mowa o tym komercyjnym wydźwięku naszej pracy. Lubię jak utwór „zgadza się” na wszystkich głośnikach, na których go sprawdzam. To, że brzmi dobrze na telefonie, na lapku, w studiu i w aucie daje mi spore szczęście. To oczywiście łechtanie mojego ego i słuchu (śmiech).
Prywatnie... jestem szczęściarzem. Spieprzyłem w życiu niemal wszystko, co było do spieprzenia, a jestem nadal kochany, kocham, jestem zakochany z wzajemnością. Reszta porażek i małych frustracji nie ma w tym kontekście większego znaczenia.
fot. Magda Kuc
Masz też za sobą debiut wydawniczy. Możesz opowiedzieć o swojej książce? Co Cię skłoniło do jej napisania i jakie niesie przesłanie dla czytelników?

Od zawsze pisałem. Jak dostałem pierwszy komputer w spadku po szwagrze (który po prostu kupiłem nowy), to oszalałem na punkcie możliwości pisania. Komputer nazywał się 2-8-6. Przynajmniej tak to pamiętam. Jak wciskało się przycisk „turbo”, z 8 MHz robiło się 12MHz. Niebywałe (śmiech). I na tym komputerze pisałem. Pierwsze wiersze, prozę, a jak przerabialiśmy „Dziady”, to starałem się zamykać rymy w 13-tu zgłoskach. Dziwne dziecko? Owszem (śmiech). Fragmenty lub całe części tego, co pisałem jako młodzian znalazły się w książce. Wklejone w fabułę w specyficzny sposób. Książka opowiada historię mocno poturbowanego życiem akwizytora. Jestem w nim sporo mnie, ale to nie ja. Jeśli ja – to w brudnym i w krzywym zwierciadle. 
Finał mojej przygody z taką formą wypowiedzi jest jednak nieciekawe. Wydawnictwo RADWAN i odpowiedzialny osobiście Krystian Kryczyński są mi winni sporo pieniędzy po dwóch przegranych sprawach sądowych. Niestety, jeżdżący świetnym autem pozwany/przegrany rzekomo nic nie ma, więc zarówno sądy, jak i komornicy nic nie wskórali. Będę jednak – za namową prawnika – ponawiał krucjatę raz na kilka lat. Może kiedyś biedny – bogaty zapomni się i posiądzie cokolwiek oficjalnie. Wtedy, mam nadzieję, dopadnie go sprawiedliwość. Sporo osób kupiło tę książkę i nie otrzymało przesyłki. Nie wiedziałbym pewnie o tym, gdyby nie pisali o tym do mnie. Cóż, resztę historii już znacie...

Przykra sprawa. Wróćmy jednak do muzyki. Jaka jest ta muzyka Mateusza Krautwursta według niego samego?


Skąpana w jego najważniejszych inspiracjach. Popowa w formie, okołojazzowa w treści. Ta z czasów „The Positive” pewnie niedojrzała jak tamten on. Ta z czasów „Gdzieś pomiędzy” pewnie pełna rozczarowań, frustracji, małych radości, lecz z pękniętym sercem – jak jego w tamtych latach. Mam nadzieję, że nadchodzący album będzie mądrzejszy, pełen nadziei, inspirujący. Takim chcę być
– takim staram się być dziś.

Na Twojej stronie napisałeś, że ciężko jest zachować dystans do swojej twórczości. Co więc Tobie pomaga go zachować?

Gdy pracuję z innymi artystami – ja i oni szukamy dystansu do własnych odczuć i kierunków, w które popychamy muzykę. Gdy pracuję nad autorskim albumem, dystansu pozwalają mi nabrać muzycy, których niezwykle szanuję, a z którymi mam przyjemność pracować. Na końcu odpowiedzialność za wszystkie artystyczne decyzje takiego albumu spadnie tylko na mnie, więc wiem, że dystans należy w końcu skrócić i obejrzeć każdy detal pod lupą, zanurzyć się w tym bezdyskusyjnie i poddać intuicji. Tak myślę. Albo... to silniejsze ode mnie (śmiech).

Jak wygląda u Ciebie cały proces produkcji utworu od początku do końca?

Tego można się dowiedzieć już niebawem podczas spotkania ONLINE w moim studio albo uczestnicząc z Voice Office. Wiedza tajemna – strzeżona pilnie.

Piszesz też dla innych. Jaki masz na to patent? Nie zawsze pewnie masz ten komfort, że znasz osobę, dla której tworzysz konkretny utwór.

Duch naszych czasów – humanizm przesunięty do granic możliwości stawia każdego z nas w świetle indywidualności i niepowtarzalności. Prawda jest nieco bardziej przyziemna, ponieważ mamy ze sobą więcej wspólnego niż chcemy. Niezależnie od płci, rasy, wieku, pochodzenia... Mamy podobne sny, podobne marzenia, pragnienia, lęki, obawy, wątpliwości, westchnienia, wzloty i upadki. Łapię się na tym, że oddając całego siebie, odkrywając rąbka tajemnicy swoich najszczerszych uczuć i trafiam na te emocje, z którymi zarówno słuchacz, jak i pracujący ze mną artysta utożsamią się bezbłędnie. Kosztuje mnie to sporo, gdyż zżywam się z piosenkami i nie umiem oddawać ich bezboleśnie. Chyba... dwukrotnie tylko przeprosiłem, że napisałem coś... ale nie mogę tego oddać, więc... muszę napisać raz jeszcze coś innego. OK. Trzy razy. „Tego nam życzę” to dobry przykład.
Drugim utworem jest „Ballada o jej romansie” – choć była piosenką „o nikim” – spodobała mi się ta historia – te słowa, ta lekkość i nie umiałem się z tym rozstać.
Utwór „My” to podobna sytuacja, ale ta piosenka czeka na swoją premierę. 
Aha, uwaga! Do wszystkich, którzy chcieliby podjąć ze mną współpracę, a teraz się wahają: napisałem niemal 500 piosenek, a to wymienione przypadki są jedynymi (śmiech). Jesteście bezpieczni. Poza tym, jak lekko boli w głębi duszy, wiem, że oddałem dobrą piosenkę w dobre ręce (śmiech).

W najbliższym czasie z okazji swoich urodzin organizujesz koncert online. Czy możesz coś więcej opowiedzieć o tym wydarzeniu?
Tak. Koncert SOLO ACT+ nie może odbyć się zgodnie z planem, zatem 2 maja 2020 o godzinie 19:00 odbędzie się on ONLINE. Piotr Badalski, którego poznałem lata temu, prowadzi firmę audio-video. Ma spore doświadczenie we wspieraniu eventów artystycznych i zaproponował współpracę. Ze sterylnego studia przygotujemy realizację dźwiękową oraz oprawę graficzną. Takiego koncertu ONLINE jeszcze nie widziałem. Będą niespodzianki muzyczne, ale przede wszystkim ja w pierwszym takim koncercie w życiu. Z okazji moich urodzin, możecie zrobić mi i sobie prezent i dołączyć. Zapraszam na moje media społecznościowe po szczegóły.

fot. Łukasz Migda
Od Twojego debiutu wydawniczego minęło już kilka lat. Kiedy fani będą mogli się spodziewać kolejne płyty?

Mam nadzieję, że w następnym roku będę mógł podzielić się całym albumem. Jestem przekonany, że tego nikt się nie spodziewa. Więcej o tym mogę powiedzieć na spotkaniu ONLINE dla nielicznej grupy z mojego #homestudio. Jeśli kogoś to zainteresuje, zapraszam do osobistego kontaktu. Na wszystkie wiadomości odpisuję osobiście. Cenię taki kontakt i jestem wdzięczny za każdą wiadomość.

Dziękuję za poświęcony mi czas i życzę powodzenia w tym trudnym dla wszystkich czasie. 

Rozmawiała

Brak komentarzy