Najnowsze

Filip Zając: Tworzenie tekstów sprawia, że ludzkie myśli są bardziej uporządkowane

Filip Zając – tegoroczny debiut literacki na polskim rynku wydawniczym. Zaczął od pisania poezji, ale ostatecznie światło dziennie ujrzała jego powieść „Wigilia Dnia Zmarłych” – surrealistyczny romans. Wielbiciel prozy Edgara Allana Poe opowiada na portalu Kulturalne Rozmowy o swojej książce, roli pisarza oraz literatury we współczesnym świecie.

Kim jest Filip Zając jako autor i człowiek? 

Filip Zając:
Jako człowiek jestem dwudziestopięciolatkiem z małej miejscowości, który pracuje jako handlowiec, potyka się o własne stopy i świetnie opowiada historie. 
Jako autor jestem debiutantem z Wrocławia z wielką ambicją, któremu dysleksja i los wiecznie ciska kłody pod nogi. 
Zarówno w pierwszym, jak i drugim przypadku wyobraźnia stanowi mój największy atut. 


Wspomniałeś w jednym z wywiadów, że pisanie było „lekiem” na Twoje przypadłości związane z… pisaniem. Czy to znaczy, że pisarstwo może mieć według Ciebie uzdrawiającą moc?

Czy pisanie uzdrawia? Trudne pytanie, a odpowiedź będzie brzmiała: to zależy. Zależy, na jaką dolegliwość chcemy zastosować ten lek. Ja cierpię na dysleksję, dysortografię i dyskalkulie. Na te dolegliwości pisanie co najwyżej pomaga, lecz o uzdrowieniu chyba nie może być mowy… Przynajmniej w moim przypadku. Natomiast pisanie jest najlepszym sposobem, aby nauczyć się myśleć. Mało kto o tym mówi i wie, lecz to właśnie tworzenie tekstów sprawia, że ludzkie myśli są bardziej uporządkowane. Jeżeli ktoś się uskarża na chaos w swym umyśle, to jako lekarstwo przepisałbym mu właśnie pisanie. Choć raczej się to nie wydarzy. W końcu nie jestem lekarzem (śmiech).

Po co w ogóle są pisarze? Jaka jest ich rola we współczesnym świecie?

Zależy, którzy. Od zawsze ludzie, który pisali, wywierali niezwykły wpływ na świat. Kształtowali kierunki myślowe na wiele pokoleń po sobie. Co poniektórzy współcześni nam pisarze wciąż mają tę moc. Wydaje mi się, że stanowią tym samym niejako elitę wśród artystów. Dziś ta elita jest raczej szarą eminencją, która zza kotary przygląda się, jak plony ich czynów zbierają inni, czasem artyści, czasem politycy, a czasem całe społeczności. Niemniej jednak chciałbym kiedyś być w tym elitarnym gronie. Choć prawdopodobnie jeszcze daleka droga przede mną. Zobaczymy. Może uda mi się osiągnąć ten cel. Jeszcze nie jest to pewne.

Jaki jest współczesny czytelnik obecnie, a jaki był jeszcze 5-10 lat temu?

Ponownie odpowiedzią będzie „to zależy”. Zależy, o jakim czytelniku mówimy. Skąd pochodzi, w jakim języku czyta i myśli. Często wydaje nam się, że można przypiąć jedną „łatkę” do człowieka i wsadzić wszystkich z tą etykietką do jednego worka. Wzbraniałbym się przed takim postępowaniem. Poza tym, jestem trochę za młody, aby porównywać czytelników sprzed dekady z obecnymi. Tym bardziej, że jestem debiutantem. Dopiero raczkuję w tym dla mnie nowym, wspaniałym, literackim świecie. (Zobaczymy, kto zauważy i wskaże, do czego odnoszę się w ostatnim zdaniu.)

Jak Ty odbierałeś literaturę kiedyś i jak robisz to nadal? Czy potrafisz się zdystansować wobec czytanej przez Ciebie książki, a tym samym nie analizować fabuły, przebiegu akcji czy rozwoju emocji u bohaterów?

To dość podchwytliwe pytanie, więc moja odpowiedź będzie skomplikowana. Literaturę odbierałem zawsze w ten sam sposób, czyli jako film wyświetlający się w moim umyśle. Gdy się go ogląda, nie ma się wiele czasu na jego analizę w trakcie. Podąża się za bohaterami i fabułą na zasadach, jakie dyktuje nam film czy też autor za nim stojący. Tak więc zawsze zachowuję pewien dystans w trakcie czytania. Jednak przychodzi też czas na analizę. Jest to moment, gdy się już wyjdzie ze świata fikcji. Los obdarzył mnie na tyle dobrą pamięcią, abym mógł cytować frazy z książek, które czytałem pięć czy nawet dziesięć lat temu, więc rozpatrywanie i układanie sobie w myślach wszystkich wątków nie stanowi dla mnie problemu. Z wiekiem jednak potrafię je rozumować w znacznie większej rozpiętości oraz widzieć fabuły i ich przekazy w jeszcze szerszym planie.

Czego obecnie czytelnik oczekuje od książki?

Na tyle, na ile zdążyłem poznać czytelnika – a znam nie każdego i nie dość dobitnie, abym mógł o tym wyrokować – oczekuje on prostoty. Czasy są szybkie. Książki, mimo że stanowią niejako relikt, muszą za tymi czasami nadążyć. Książka powinna być napisana tak, aby jej odczytywanie nie sprawiało trudności. Teoretycznie, idąc tym tropem, nie może również stanowić powodu do namysłu i burzyć światopoglądów czytelnika. Proszę mnie jednak nie uznawać za cynika. O ile mogę się zgodzić z punktem pierwszym, to punkt drugi przechodzi mi przez gardło z bólem. Nie chcę być autorem, którego książki nie skłaniają do namysłu.

Twój debiut literacki, czyli „Wigilia Dnia Zmarłych” to dość specyficzna książka ze względu na język, którego tam używasz. Miałeś trudności w jej wydaniu, ale ostatecznie się udało. chciałam jednak podpytać, jakie były najczęstsze powody odmowy?

Szczerze mówiąc, nie znam tych powodów. Wydawnictwa spuszczały w znakomitej większości zasłonę milczenia. Osobiście przypuszczam, że język mógł mieć na to wpływ. Cóż… debiuty mają przede wszystkim uczyć autorów, jak pisać. Tak było w moim przypadku. Zderzyłem swoje marzenie z rzeczywistością i dowiedziałem się kilku rzeczy. Mianowicie, książki powinny mieć dużo wartkiej akcji, czyli takiej, aby nie dało się przy nich zasnąć. Nie powinny zawierać wiele dialogów, ponieważ nie są sztuką teatralną. Muszą posiadać jasno zdefiniowany gatunek, aby wiadomym było, na jakiej półce w sklepie je ustawić. Cóż… zgrzeszyłem na każdym z tych pól. Na domiar złego usiałem swoją pracę błędami ortograficznymi, których zwyczajnie nie byłem w stanie dostrzec. Na szczęście widz już ich nie ujrzy, a ja obecnie mam przy sobie kogoś, kto pomaga walczyć mi z moimi wiatrakami. 
Poza tym, przydaje się mieć jeszcze pierwsze grono nabywców. Im większe, tym lepiej. Jednak tego tematu wolę głębiej nie poruszać.

Inspiracją do napisania powieści jest opowiadanie Edgara Allana Poe. Które konkretnie? Dlaczego tak bardzo Cię ono zafascynowało, że postanowiłeś się na nim stylistycznie wzorować?

Moją inspiracją była „Maska Śmierci Szkarłatnej”. Czemu jednak ono? Cóż, pasowało to do mojego pomysłu na powieść jak jeden kawałek puzzli do drugiego. Edgar Allan Poe jest niezwykle inspirogenny. W mojej głowie jest on ojcem lub dziadkiem całej współczesnej literatury. Kryminały, science-fiction, powieść psychologiczna i powieść grozy jako pierwsze wychodziły spod jego ręki. Nadał on pierwotny kształt tym gatunkom. Jeżeli chcemy odnaleźć coś nowego, to chyba właśnie u niego. Niesamowite jest też to, jaki wpływ miał on na innych twórców. Chciałoby się powiedzieć, że wielu autorów, dzięki inspiracji i wzorowaniu się na Poe, stworzyło swoje najwspanialsze dzieła. Poszedłem tym tropem. 

Kim jest Cezar z Twojej powieści?

Oj, nieszczęsny Cezar… Zależy, z której strony na niego patrzymy. Postarałem się, aby moja powieść była wielopłaszczyznowa. 
W pierwszej płaszczyźnie będzie dziwnym bogaczem, który się na Cezara stylizuje. W drugiej będzie Cezarem samym w sobie. W trzeciej natomiast będzie archetypem, żyjącym w ludzkiej pamięci i wyobraźni. Z kolei w każdej z nich stanowi pewien wzorzec honoru, godności, twardych zasad moralnych i głośnych deklaracji. Niestety, niewiele później, wszystkie one nikną i tracą znaczenie, gdy natrafi się odpowiednia pokusa.

A propos pokus, kim dla głównego bohatera jest jego towarzyszka?

Biedna Berenice. Jest jeszcze bardziej nieszczęsna niż Cezar. Jest ona miłością Oskara… i na tym skończę swoją odpowiedź.



Skąd w tej powieści jest aż tyle napięcia, mroku, a jego kumulacją jest strach? Czemu ma on służyć? 

Skąd jest tam tyle napięcia, mroku i strachu? Znajdują się one tam, ponieważ znajdują się i we mnie. Wypełniają moją duszę. Czemu mają służyć? To bardzo proste. Mają moralizować i wymusić zastanowienie. Nabokov zbeształby mnie za takie podejście. Dostojewski by mi przyklasnął. Choć najpewniej obydwaj nie przeczytaliby tego, co napisałem, a jako pierwszej wymówki użyliby faktu, że obydwaj już nie żyją.

Jak powinien odebrać tę książkę czytelnik? Jakie emocje powinna w nim wyzwolić?

Zależałoby mi na melancholii. Dziś jest to, co prawda, bardzo niemile postrzegane uczucie. Przecież wszystko musi być super czy hiper, a już na pewno pełne energii. Jest to dla mnie bardzo przykre i wprawiające w melancholię właśnie. Człowiek odczuwa zarówno emocje pozytywne, jak i negatywne. Obydwa rodzaje są dla mnie równie ważne. Jeżeli jakimś cudem ta pełna pozytywów rzeczywistość, w której żyjemy, pozbawi nas smutku, zablokuje jego odczuwanie, to chyba nie będziemy już mogli mówić o sobie „ludzie”, a już tym bardziej „nadludzie”.

Czy „Wigilię Dnia Zmarłych” można zaliczyć do literatury fantasy? Czy jednak jest to powieść obyczajowa z jej elementami?

ABSOLUTNIE NIE! Powtarzam to w kółko, jednak wciąż trzeba ją gdzieś na tych półkach księgarnianych umieścić, a że nie ma takiej półki czy też dlatego, że dziś fantastyka cieszy się bardzo dobrą sprzedażą, to właśnie tam moja książka jest umieszczana. Zgrzytam przez to po nocach zębami, lecz co mogę poradzić. Jestem jedynie autorem.

Jaką rolę odgrywa w niej fantastyka i związana z nią rytualizacja? Co ma pokazać?

Elementy fantastyki odgrywają tam bardzo niewielką, a zarazem olbrzymią rolę. Diabeł tkwi w szczegółach. Rytualizacja zaś ma stanowić w tej książce wisienkę na torcie. Nadać jej siłę i urok, choć, co prawda, jest ona przerażająca w wypadku mojej historii. Lubię myśleć o pisaniu powieści jak o usypywaniu wyspy w głowie czytelnika. Jeżeli ktoś wie, jak wygląda ten proces w wypadku wysp, domyśla się już, o co mi chodzi. Nowo tworzona wyspa musi mieć mocne i twarde fundamenty ciężkich głazów. Potem trzeba ją usypać delikatnym piaskiem, ale taka struktura jeszcze nie stanowi wyspy, ponieważ będzie ulotna i prędko przeminie. Na samym końcu procesu musi nastąpić tąpnięcie, czyli trzęsienie ziemi w samej jej posadach. Tym jest właśnie niewielki element fantastyczny i rytuał za nim idący.

Czy masz już plany na następną powieść? A może to będzie poezja?

Mam plany na cztery następne powieści. Obecnie pracuję nad najtrudniejszą, najbardziej wymagającą i, póki co, najważniejszą z moich wizji. Staram się, aby była bardziej dostosowana do wymagań wydawniczych i oczywiście pozbawiona błędów. Stanowi to nie lada wyzwanie. Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie sięgał tak daleko, jak pozwala mi na to wyobraźnia lub wzrok. Tym bardziej, że nosiłem w sobie ten pomysł już prawie dziesięć lat. Wiele razy próbowałem podołać ogromowi mojej myśli, lecz zawsze przeszkadzał mi mój brak umiejętności i wprawy w pisaniu. Dziś jestem już mądrzejszy, bardziej doświadczony i z większym warsztatem. Tym razem sprostam narzuconemu sobie wyzwaniu. A na poezję… przyjdzie jeszcze czas. Żeby ukazać siebie drukiem i w ten sposób, muszę jednak najpierw uzbierać dziesięć „Aniołów”. Te niestety są bardzo ulotne. Minie jeszcze trochę czasu, zanim je pochwycę.

Dziękuję za poświęcony mi czas i czekam na kolejne powieści. 

Rozmawiała
Tutaj możesz kupić książkę w formie elektronicznej


Brak komentarzy