Najnowsze

Paweł Izdebski: Jeśli nazywasz się artystą, to wiedz, że Twoja kreatywność zobowiązuje Cię do działania

Paweł Izdebski gdy był nastolatkiem, chciał zostać piłkarzem, ale zobaczył gitarę i został muzykiem, wokalistą. Fani utworów musicalowych mogą go usłyszeć w nagraniach Accantusa. Z nimi też koncertuje oraz nagrywa covery wraz z innymi artystami. Oprócz tego rozwija swoją karierę solową, a od stycznia promuje swój solowy album @strach. Z Pawłem rozmawiam o płycie, o początkach kariery, o byciu artystą oraz najbliższych planach. 

fot. Magdalena Kubiak
Jakim człowiekiem i artystą jesteś?

Paweł Izdebski:
Przez większość swojego życia zarówno prywatnego, jak i artystycznego miałem się za człowieka preferującego cień i introwertyczny udział w życiu społecznym. Teraz wiem, że były to tylko zduszone wulkany energii, które drzemały we mnie i bardzo wołały o otwarcie klatki. 
Nie staram się być pogodny. Chcę taki być i przekazywać ludziom szczere emocje, bez ściemy, bez owijania w bawełnę. I chyba w ten sposób zgrabnie przeszedłem do zawodu artysty. Chcę prostej prawdy z dodatkiem poezji i dźwięków w punkt.

Jesteś muzykiem, wokalistą, ale też youtuberem. Jakie miejsce zajmuje w Twoim życiu internet czy raczej media społecznościowe?

Teraz mam do tego większy dystans, ponieważ bardzo, bardzo łatwo zamienić regularne postowanie w pasję. Karmienie się serduszkami owszem dostarcza do krwi satysfakcji i

szczęścia, ale nadal jest tylko kliknięciem w myszkę. Ostrzegam tutaj moich znajomych – kontrolujcie się. Jeśli więcej mówicie o liczbach niż o muzyce, to zaczyna się coś nie do końca dobrego. Pouczam z serca, gdyż sam miałem taki okres, gdzie od piosenek ważniejsze były reakcje znajomych i fanów. Moment, w którym fanów przybywa, a ty robisz swoje jest zwycięstwem. Internet to w tej chwili medium, bez którego nie dałbym rady kontaktować się ze słuchaczami. Nie dałbym rady pokazywać tego, co kocham. Jednakże – jeśli nagle to wszystko by zniknęło – czy z uśmiechem zagrałbym na gitarze swoją ulubioną piosenkę? Wiem, że tak (śmiech).

Co Cię ukształtowało jako wokalistę i muzyka?

Mam 29 lat i wiem, że na śpiewanie i granie na instrumentach poświęciłem więcej niż 10 tysięcy godzin. Według niektórych przekroczenie tego progu sprawia, że “robisz coś” na bardzo wysokim poziomie. Ten czas to były warsztaty, słuchanie muzyki, rozkochanie się w swoich idolach, śledzenie ich żyć, a nie tylko muzyki. Pragnienia i marzenia, by przybliżyć się do artystów, których od zawsze ceniłem. I świadomość, że nie ma końca rozwoju. Prawdopodobnie na łożu śmierci będę sobie pluł w brodę, że nie nauczyłem się tego cholernego jazzu! I strach. Ten ułożył mi w głowie najwięcej (zapraszam do odsłuchania mojej debiutanckiej płyty!).

Skąd pomysł na nazwę profilu w mediach społecznościowych @nieokiemznany? Czy ma ona jakieś szczególnie znaczenie?

Różnie można ten nick interpretować. To był impuls i zacny pomysł, ale powstał tak naprawdę z paradoksalnych pobudek. Nie chciałem zakładać Instagrama. Ktoś mi kiedyś powiedział, że wchodzi nowa apka, że wrzuca się tam foty i że to będzie super popularne, więc i ja, jako artysta muszę taki profil założyć. Czułem się jak moi rodzice, którzy muszą po raz pierwszy wysłać maila – brzydziłem się technologią wychodzącą poza Facebook. 
W kontrze do tego powstał @nieokiemznany jako sprzeciw. Teraz mnie to śmieszy, ponieważ kocham robić fotki telefonem i wstawiać na Instagram. Wtedy jednak przyświecała mi myśl, że te zdjęcia nigdy nie będą przysłaniały muzyki, którą tak bardzo kocham. Mam wrażenie, że nadal to widać
i czuć (śmiech).

fot. Anna Bednarek
Dlaczego wybrałeś gitarę? Co ona w sobie ma, czego nie mają inne instrumenty?

Jesień. 2004? 2005? Godzina 16:00. Paweł w getrach z korkami na nogach. O 17:00 trening piłki nożnej na boisku Klubu Sportowego Advit Wiązowna. Piętnaście po wpada do mnie Kamil, Konrad i Marek z pytaniem, czy nie chciałbym pograć z nimi w zespole. Na trening nie poszedłem. Dostałem do rąk gitarę i z piłki zeszło powietrze. Miłość od pierwszego wejrzenia istnieje. Czym wyróżnia się gitara? Pełnią możliwości, jeśli chodzi o uzyskanie różnorodnej barwy (choć pewnie każdy powie tak o każdym innym instrumencie) i tym, że kojarzy mi się z drogą, z włóczykijstwem (jest takie słowo?), z czymś totalnie szczerym i prostym. W gimnazjum i liceum to była moja przyjaciółka. Ja nie mówiłem, a ona tylko grała. Razem się uzupełnialiśmy. Instrumenty to takie duszyczki pozamykane w różnych kształtach. 
I już na koniec: Gitarę można wziąć na plecy, wsiąść na motocykl i zwiedzać świat. 
Perkusiści nie mają takich możliwości. Gorąco pozdrawiam Artura Rapacza, który od zawsze mi tego zazdrościł, pomimo tego, że nie mam motocykla.

Z jednej strony Accantus – musicalowo-bajkowe dźwięki, a z drugiej solowa kariera. Czy z obu aktywności czerpiesz taką samą radość?

Z obu czerpie taką samą radość, ale przeżywanie tych dwóch dróg odbywa się w różnych wymiarach. W Accantusie czy w teatrze jestem sobą, ale jednak wcielam się w rolę, uczę się interpretować. Wykorzystuję wiedzę aktorską (a raczej wskazówki tych, którzy aktorami są na co dzień). Jestem reżyserowany. Jednak gdy śpiewasz swoje piosenki… słowa, które wylazły Ci z serducha – tego się nie da zastąpić. Nie da się wyreżyserować sytuacji, które naprawdę się wydarzyły. Mogę inaczej zaśpiewać. Mogę się uśmiechnąć albo zamknąć oczy, ale nikt mnie nie nauczy emocji, które zawarłem we własnych utworach. Myślę, że to główny powód, dla którego wiele osób omija szerokim łukiem musicale i woli pójść na koncert. To jest temat rzeka. Potrafię się poryczeć przy płycie Bona Ivera, tak samo jak przy piosenkach ze spektaklu Dear Evan Hansen. Myślę, że obie aktywności kształtują mnie jako człowieka, a nie tylko jako artystę. Jestem wdzięczny za obie drogi.

Co Ci dają występy w Accantusie? Jak w ogóle się tam dostałeś?

W tej chwili profil i działalność studia się zmienia. Sam jestem ciekaw co z tego wyniknie z tych zmian i z nowych osób, które mają się pojawić w studio. Występy w Accantusie to niesamowita przygoda, ponieważ takiego kanału już w Polsce nigdy nie będzie. Mówię to z ręką na sercu. Nie da się powtórzyć, brzydko mówiąc, “tej grupy ludzi”. Najwięcej nie dały mi występy, a wszystko to, co poza sceną; próby, ludzie, śmiechy, żarty, poznawanie cudownych wokalistów, aktorów, osobowości, muzyków. Występ to godzina, dwie na scenie, gdzie jesteś z tymi ludźmi, ale jednak skupiasz się na utworze. Cała magia Studia Accantus polegała na wspólnej kawie i rozmowach – o wszystkim.

W styczniu wydałeś swój pierwszy album “@strach”. Powiedz tym, którzy jeszcze nie mieli okazji wysłuchać utworów, jaka jest ta płyta? Czego się z niej dowiedzą o Pawle?


Jest straszna (śmieję_się_do_własnego_komputera), serio. To wiadomość do tych, którzy, czytając ten wywiad, nie mają pojęcia, kim jestem. Album “@strach” to 9 piosenek, które mogą Cię zmusić do zerwania kajdanek, które sobie założyłeś na serducho i wmawiasz sobie, że tak ma być, że takie jest życie, że tak mają wszyscy. Że raz jest lepiej, a raz gorzej. Z płyty dowiesz się tego, że strach to nasza wspólna cecha. Różnica jest taka, że jedni sobie z tym strachem żyją, inni się z nim kolegują, a jeszcze inni – mają dość. Ja miałem dość. 
Jeśli widzisz siebie w którejś z tych grup z ostatniego zdania, a na dodatek przypadkiem kochasz gitary, skrzypce i indie rockowe brzmienia, to nie wiem, czy właśnie nie znalazłeś swojej ulubionej płyty na najbliższe miesiące.

Czego się boi Paweł Izdebski?


Płyta mnie wyleczyła. Nigdy nie byłem przekonany do tego, co pisali moi ulubieńcy w wywiadach, że pisanie piosenek to “forma terapii” O mamo! Jak ja to teraz rozumiem, to nie macie pojęcia. Każda piosenka jest w moim sercu łódką, którą odprawiłem w spokojny rejs. I jestem w innej fazie, śpiewam to wszystko jeszcze lepiej. Potrafię wyjść z siebie, stanąć obok i zobaczyć tego Izdebskiego, który tak się bał. 
Czego się bałem? Że coś mi umyka, że nie umiem kochać, że jestem w złym miejscu, że za mało się staram, że moja przeszłość to moja wizytówka, że nie umiem śpiewać, że już za późno na naukę, że nie mam kasy, że straciłem przyjaciela, że straciłem cenne lata – nic z tego nie jest prawdą. Piosenki nabierają podwójnych znaczeń, podwójnego ładunku emocjonalnego. Pamiętam każdy pojedynczy strach, ale teraz wiem, gdzie miał swoje źródło.

fot. Anna Bednarek
Czy któryś z utworów jest Ci szczególnie bliski i dlaczego?

Każda piosenka to inny strach. Każdy kocham. Każdy mnie obrzydza w ten sam sposób. Nie mam utworu, który jest dla mnie najważniejszy, natomiast są takie, na które czekam na scenie, są to: “Szwy”, “3” i “Nora”.

Co musi się zadziać, aby powstał utwór?

Trzeba ułożyć kilka akordów w kolejności i napisać tekst z rymami (a i to nie jest konieczne). Tak powstaje utwór. Żeby powstał utwór, który wniesie coś do życia potrzeba operacji na własnym sercu. Odkopaniu emocji, rzeczy, przeżyć, pragnień. Potem pytasz siebie – jak bardzo chcesz się odsłonić. Do dzisiaj żałuję, że mało czytałem za dzieciaka. Uważam że kunsztem songwritera jest bycie totalnie nagim. Nagim w taki sposób, żeby nic nie było widać na pierwszy rzut oka.

Skąd pomysł, aby wydać album w winylu? Lubisz klimaty retro? Jak one na Ciebie wpływają?

Szaleństwo. Są takie słowne memy, zacytuję w odniesieniu do winyli: 
Manager: Jakie formy wydania preferujesz? 
P. Izdebski: Tak 
Tutaj pozdrawiam i ściskam najlepszą managerkę na świecie: Darię Woźnicką, która jakby się uparła, to by tę płytę wydała na dyskietkach albo na liściach trawy (śmiech). 
Klimat retro nigdy nie był mi bliski. Muszę przyznać, że winyl w tym wypadku to chęć bycia na czasie (paradoks) i zaoferowanie moim fanom czegoś, czego sam się nie spodziewałem. Rok temu jak padło hasło “winyl”, to uśmiałem się mocno. Teraz wiem, że są osoby, dla których taki winyl może stać się skarbem i ja chcę do tych osób dotrzeć. I co lepsze – nigdy nie miałem gramofonu w domu, więc też chcę odczarować siebie. Serio szkoda czasu na odpuszczanie najdziwniejszych pomysłów. To one pobudzają najbardziej.

Co jest najtrudniejsze w byciu artystą według Ciebie? Jakie cechy czy nawet umiejętności nie-muzyczne powinien posiadać współczesny człowiek estrady czy sceny?


Umiejętność wstawania po każdej porażce. Bycie muzykiem to Bitwa Niezliczonych Łez (nazwa bitwy, która pochodzi z książki Tolkiena, którego notabene jestem ogromnym fanem). Tu trzeba chcieć, kochać, być otwartym na wszystko i na wszystkich. Najlepszy mikrofon, nagrana płyta nic tu nie da, jeśli nie wiesz, czego chcesz. Ja wiem, to bardzo proste. Chcę grać dla ludzi muzykę. That’s all.

A od strony filozoficzno-praktycznej: współczesny artysta to już nie tylko ktoś, kto wchodzi na scenę: z mojej perspektywy artysta to ktoś, kto “ogarnia”, napisze numer, nagra sobie demo, zrobi fotkę z próby, powie na stories, że za kilka dni ma koncert. Potem się okaże, że te fotkę polajkowała tylko mama, załamie się i to będzie najlepsze. Okazja. Okazja. Okazja. Okazja. Jest tam, gdzie upadasz. 

Z czym zmaga się współczesny artysta?

Z własnymi ograniczeniami w głowie. Jestem bardzo zły, gdy słyszę, że ktoś siedzi w domu i nie robi kompletnie nic. A nie, przepraszam… skroluje fejsa na swoim telefonie z aparatem, który nagrywa w jakości HD, 4K, którym muzycy na zachodzie nagrywają sobie teledyski. Jeśli nazywasz się artystą, to wiedz, że Twoja kreatywność zobowiązuje Cię do działania.

Teraz świat ogarnęła pandemia. Wiele aktywności zostało brutalnie przerwanych. Co się u Ciebie dzieje podczas narodowej kwarantanny? Jak radzisz sobie z tą przerwą?

To najlepszy czas dla mojej twórczości i działań artystycznych. Mam przeogromne wsparcie od fanów, od rodziny, od znajomych. Wysłałem wnioski o pomoc socjalną dla artystów, ale nie czekam na cokolwiek. Cisnę z nagraniami. Robię projekty, które mogą zostać niezauważone, ale to naprawdę nie ma żadnego znaczenia, dopóki moje serce bije w rytm muzyki.

fot. Anna Bednarek
Podobno szykujesz też dla fanów koncerty online. Opowiedz coś więcej.

Nie wiem, kiedy ten wywiad będzie publiczny, więc za dużo nie zdradzę. Zrobiłem już kilka koncertów online w formie solo act. Chcę dać swoim słuchaczom coś więcej. Szykują się kooperacje (w maseczkach). Coś więcej? Otóż ja już teraz wiem, że nawet po okresie pandemii z koncertów internetowych nie zrezygnuję. To jest totalny odjazd i zapewnia inne przeżycia, dla wykonawcy i dla słuchacza we własnym łóżku!

Dziękuję za Twój czas i życzę powodzenia w pracy nad kolejnymi projektami. 

Rozmawiała 

Brak komentarzy