Najnowsze

Rafał Zawierucha zagrał u Quentina Tarantino Polańskiego

Niewielu jest w Polsce aktorów, którzy mogą pochwalić się wielką karierą w Hollywood. Wielu próbowało i wielu próbuje z różnym skutkiem. Jednak są tacy, co mogli choć przez chwilkę poczuć tę atmosferę i wyjechać, aby spełnić swój „amerykański sen”. Do nich ostatnio dołączył również kolejny Polak – Rafał Zawierucha, który w amerykańskim filmie zagra… innego Polaka i to nie byle jakiego, bo samą legendę – Romana Polańskiego. Niebawem bowiem na ekrany wejdzie film Quentina Tarantino „Pewnego razu w Hollywood”, w którym Zawierucha wystąpi u boku Leonardo DiCaprio oraz Brada Pitta. Teraz na portalu Kulturalne Rozmowa uchyla rąbka tajemnicy i mówi o kulisach produkcji oraz opowiada o pracy z reżyserem. 



Co się wydarzyło już tam na miejscu od momentu, kiedy przyjechał Pan do Californii? 

Rafał Zawierucha: Kiedy w nocy po przylocie dojechałem na miejsce, puściłem sobie piosenkę "California", żeby poczuć klimat Hollywood i urok tamtych lat. Następnego dnia rozpocząłem przygotowania do filmu. Wszystko było idealnie dopasowane do harmonogramu pracy, pomimo że zdjęcia zacząłem dopiero po tygodniu od momentu wyjazdu. Na każdy dzień miałem wyznaczone zadania, aby profesjonalnie przygotować się do zdjęć. Na drugi dzień były przymiarki kostiumów – do każdej sceny były po 2-3 komplety ubrań. Każdy dzień był wypełniony przygotowaniami – charakteryzacja, stylizacja włosów (baki na szczęście już wcześniej sam sobie zapuszczałem, bo wiedziałem, że Roman Polański w tym czasie je nosił), dopasowanie szkieł kontaktowych. Wtedy poznałem też Quentina Tarantino, ekipę i Margot Robbie (filmową żonę Polańskiego). Przyjechałem na plan, żeby pokazać się w tej charakteryzacji reżyserowi, który zaakceptował fryzurę i kostium. Wchodziłem w rolę krok po kroku, co było dla mnie super przeżyciem. Dzień przed rozpoczęciem zdjęć dostałem grafik, a już na planie była rozmowa o roli z reżyserem. Dostałem od niego pełne zaufanie i pewność, co pozwoliło mi uwierzyć, że dam radę i zrobię to, czego ode mnie oczekują. To było niezwykłe przeżycie i skok na głęboką wodę.

Jakie było pierwsze wrażenie, kiedy poznał Pan Quentina Tarantino? 

On jest tak naprawdę światem filmowym. Poruszaliśmy różne tematy. Wspominaliśmy ludzi, którzy byli w tamtym czasie w Hollywood. Podczas pierwszego spotkania uścisnąłem go a on powiedział mi, że się cieszy, iż dołączyłem do rodziny Tarantino. Poczułem wtedy niezwykłą radość.

Jak Quentin Tarantino pracuje z aktorami – bardziej instruuje czy daje wolną rękę? 

Reżyser wie, czego chce, więc uwagi przekazuje swobodnie podczas zdjęć albo na próbie czy w kolejnym ujęciu. Daje też wolność. Możesz zacząć grać, kiedy chcesz. Zawsze mówił, czego oczekuje i podawał informacje w trakcie ujęcia.

Ile dni zdjęciowych spędził Pan na planie? 

Dla mnie było to bardzo długo, bo ok. 15 dni.

Zagrać w Hollywood to dla wielu bardzo duże osiągnięcie, nawet jeśli będzie to tylko epizod. A jak Pan to odbiera?

Oczywiście, że jest to duże osiągniecie. Nawet jeśli miałbym przejechać tylko rowerem na planie, to też byłoby to dla mnie wielkie wydarzenie. Jednak trzeba pamiętać o ogromnym rozmachu filmu – występuje w nim ponad 100 aktorów. Są to osoby z najwyższej półki. Ale reżyser wspaniale łączy pokolenia. Bierze nowych debiutujących aktorów, którzy dopiero wchodzą na ścieżkę zawodową i rozwijają swoją karierę, np. Maya Hawk – córka Umy Thurman, Samatha Robinson i wielu innych. Nie ma czegoś takiego jak epizod u Quentina Tarantino. U Tarantino film to wspólne dzieło wszystkich. U nas się mówi: nie ma małych ról, są tylko mali aktorzy.

Jak traktuje się te wielkie gwiazdy, np. DiCaprio czy Pitt? Czy jak wchodzą na plan to czuje się tę ich sławę? Czy jednak traktowani są jak każdy aktor?

Na planie nie ma budowania muru wokół nich. To są normalni, ciepli ludzie ze swoimi emocjami, uczuciami i humorami jak każdy. Jeśli ktoś profesjonalnie podchodzi do tego zawodu, to nie ma „gwiazdorzenia” czy udawania nie wiadomo kogo. To też jest zasługa Quentina, że on wprowadza taką energię na planie. Każdy jest przesiąknięty tą pasją do kina, tworzenia. Każdy z ekipy chce dać z siebie jak najwięcej i po prostu to robi. Nie mówię tu tylko o aktorach, ale o całej reszcie twórców – rekwizytorów, oświetleniowców. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Ważna jest świadomość z kim i u kogo się pracuje.

Czy miał Pan szansę chociaż przez chwilę w przerwie między scenami rozmawiać z Bradem Pittem i Leonardo DiCaprio?

To są ludzie bardzo zapracowani, więc nie chciałem im za bardzo przeszkadzać, ale tak. Jak był czas podchodziliśmy do siebie. Rozmawialiśmy o Polsce. Pytali, jak się u nas żyje. Rozmawialiśmy o polskiej kinematografii. Poznałem też Damiana Lewisa, który grał Stevena McQeena. Miałem z nim świetny kontakt i bardzo się cieszę, że mogłem z nim zagrać.

Jaki będzie Roman Polański w wykonaniu Rafała Zawieruchy? 

To dopiero się okaże, jak widzowie obejrzą film. Nie mogę zdradzać niczego związanego z wątkiem. Tak samo jak państwo czekam na film, aby potem móc wspólnie porozmawiać. Myślę, że Roman Polański będzie taki, jakiego go stworzyłem i jakiego zaakceptował reżyser.


Czy miał Pan okazje spotkać Polańskiego osobiście, czy jednak były to tylko książki, nagrania video, dokumenty?

Tylko to, ponieważ nie dostałem żadnej informacji od Quentina Tarantino czy produkcji, żeby spotkać się z Romanem Polańskim. Sam też o to nie zabiegałem, ale bardzo chciałbym się spotkać i porozmawiać o filmie, życiu i pracy, ponieważ jednak dla mnie jest to postać niezwykła i legendarna.

W jednym z wywiadów wspominał Pan, że pisał pamiętnik w czasie pobytu w Hollywood. Czy zamierza Pan go kiedyś wydać czy dopisywać kolejne osiągnięcia zawodowe?

Zamierzam dopisywać a może za jakieś 10 lat wydać. Myślę, że ten czas, który przeżyłem jest dla mnie tak ważny, że warto to zrobić jak najszybciej. Teraz też jadę na cztery dni na premierę do USA i już się cieszę, bo spotkam kolegów z planu. Mam mało czasu więc muszę kolejne plany zawodowe w USA dograć.

Czym jest dla Pana aktorstwo?

Dla mnie to jest pełna swoboda działania w wyrażeniu swoich emocji, uczuć, wyobraźni. To właśnie przeniesienie swojej wyobraźni w teatrze czy w filmie. To również przekazanie jakiś wartości i pomysłów na życie. Aktorstwo daje możliwość dotarcia do człowieka przez rolę, sztukę, czyli właśnie film lub teatr. Aktorstwo jest moją pasją i tym, co kocham robić i co daje mi paliwo na życie. Wcale nie chodzi mi teraz o to, czy jestem rozpoznawalny. Chodzi mi raczej o to, że mogę zaprowadzić ludzi do świata, który ja osobiście tworzę razem z reżyserem i innymi aktorami oraz resztą ekipy.

Po udziale w filmie Quentina Tarantino częściej pewnie jest Pan bardziej popularny, zapraszany na różnej wydarzenia. Lubi Pan tę swoją rozpoznawalność?

Rozpoznawalność jest wpisana w ten zawód. Popularność oznacza czasami poświęcenie swojego prywatnego czasu. Staram się to równoważyć.

Wspomniał Pan o prywatności, która w dobie mediów społecznościowych jest coraz bardziej uzewnętrzniana. Czy długo musiał się Pan do tego przyzwyczajać czy jednak dzielenie się prywatą nie sprawia Panu kłopotów? 

Dzielę się tylko tym, czym chcę się podzielić. W większości są to sytuacje związane z moim życiem zawodowym niż prywatnym. Świat się zmienia – ludzie coraz częściej patrzą, co u kogo słychać. Wrzucam więc informacje o podróżach i o tym, gdzie można dobrze zjeść czy wypocząć. To jest dla mnie pretekst, aby zwrócić na coś uwagę. Nie trzeba koniecznie marnować czasu przed telewizorem czy pijąc browar pod sklepem. Chcę pokazać, że w życiu można zrobić coś więcej. Można pójść dalej i poznać coś nowego, co wcale wiele nie kosztuje.

Na koniec chciałam jeszcze zapytać o kolejne plany zawodowe. Co się u Pana wydarzy filmowo i o czym może Pan mówić?

To dla mnie teraz szczęśliwy zawodowo okres. Teraz skończyłem film "Najmro" w reżyserii Mateusza Rakowicza. Jestem w zdjęciach do produkcji o legendarnej załodze łodzi podwodnej – "Orzeł" w reżyserii Jacka Bławuta. Mam tam świetną rolę, bardzo się z niej cieszę. Niebawem zaczynamy też kręcić komedię, ale o tym jeszcze nie mogę mówić. Zdjęcia ruszają pod koniec lipca. Obsada jest fantastyczna.

Czyli jednak będzie przewaga filmów kostiumowych. Lubi Pan raczej filmy historyczne czy współczesne? 

Lubię się przenosić w czasie w filmie, ponieważ to też daje mi większą możliwość tworzenia świata, który w zasadzie nie istnieje. Przeniesienie się w zupełnie inne warunki, inną scenerię daje większą możliwość wykreowania, zarówno postaci jak i świata, który ją otacza. To jest dla mnie bardzo fascynujące. Takie możliwości daje jedynie film science-fiction albo film historyczny. A jeśli chodzi o współczesne kino to tylko Bond – lubię filmy akcji. 

Dziękuję za podzielenie się ze mną doświadczeniami przywiezionymi z USA i życzę powodzenia na dalszą drogę zawodową.

Fot. M. Zimakiewicz
Rozmawiała


Brak komentarzy