Najnowsze

„Boże Ciało” – film, który odkrywa chrześcijaństwo na nowo

Film Jana Komasy „Boże Ciało” to drugi film reżysera, który zdecydowałam się recenzować. Pierwszy – „Sala samobójców” – również kontrowersyjny wywołał we mnie bardzo skrajne uczucia. Recenzję możecie przeczytać tutaj. A wracając do „Bożego Ciała”, odkąd się pojawił w kinach, zaczęło być o nim bardzo głośno. Nie ma więc w tym nic dziwnego, że został on nominowany do najważniejszej na świecie nagrody filmowej. Statuetki nie dostał, ale jednak nie ma co być rozczarowanym tym faktem, ponieważ i tak zyskał sporą popularność i znakomite recenzje, czego dowodem są liczne zdobyte nagrody oraz nominacje w konkursach krajowych i zagranicznych.


Podstawą do opowiedzenia tej dość kontrowersyjne historii były prawdziwe wydarzenia. Mamy oto młodego chłopaka przebywającego w zakładzie poprawczym, który po zwolnieniu warunkowym postanawia wyjechać do pracy, do której jednak nie dociera. Postanawia za to zaszyć się w małej wiosce, w której… udaje księdza. Ta sytuacja jest tak absurdalna, że aż niemożliwa. Nikt bowiem z mieszkańców nie zauważa zbyt młodego wieku nowego kapłana. Przyjmują Go jako swojego, a ten –jak gdyby nic się nie stało – zaczyna swoją posługę. Wykonuje więc wszelkie czynności przypisane do stanu kapłańskiego. Doświadczenie w prowadzeniu mszy zdobywał jako ministrant w zakładzie poprawczym. Ta mistyfikacja trwa dość długo.

Historia jest niezwyczajna, ponieważ pokazuje prawdziwe oblicze chrześcijan skontrastowane z prawdziwą wiarą, w której to nie koloratka czy codzienna modlitwa na klęczkach czyni z duchownego prawdziwego księdza. Reżyser zademonstrował bowiem jak w imię prawa boskiego ludzie starają się być „Chrystusami społeczności” i zaczynają orzekać, kto winien, a kto nie. A wszystko to „w imię Boga”.

Daniel, grany przez Bartosza Bielenię nie jest ani przykładnym chrześcijaninem, ani – jak się okazuje – obywatelem. Chłopak z przeszłością, która nie pozwala mu spełnić jego największego marzenia o wstąpieniu do seminarium. Wyjęty spod prawa zaczyna swoją wielką improwizację nie mając żadnego teologicznego przygotowania, ani żadnych zdolności oratorskich. Jego kazania to zlepek przypadkowo wypowiedzianych słów, choć często bardzo mądrych, to jednak budzących zdziwienie w oczach parafian. Mówi z serca i nie zważa na konsekwencje. Nie trzyma się żadnych zasad, a będąc w towarzystwie, zachowuje się jak wszyscy. Szybko więc zdobywa zaufanie miejscowej młodzieży. To jego sposób na przetrwanie i o dziwo… mieszkańcy wioski go kupili, a on stara się wyplenić z nich nienawiść powstałą po wypadku, w którym zginęli ich najbliżsi. Ksiądz-uzurpator stał się więc w pewnym momencie mediatorem między mieszkańcami, którzy nawzajem obrzucają się winą za zdarzenia, jakie miały miejsce jakiś czas temu. Oni wciąż pamiętają i nimi żyją. Żyją po to, aby nienawidzić, aby osądzać. Żyją z piętnem, którego trudno się pozbyć – z piętnem braku chęci wybaczenia. Jedyne, co potrafią, to skreślać, pokazywać palcem, jak wypomniał im podczas jednego z najważniejszych kazań w filmie.

Tego wszystkiego musi wysłuchać i przepracować z nimi Daniel – człowiek młody o spojrzeniu tak przenikliwym, że przeszyje Cię na wylot. Gra Bieleni sprawia, że nie jesteśmy w stanie ani na chwilę uciec myślami od filmu. Jego minimalistyczne zachowanie oraz ekonomia słów oraz niespodziewane wybuchy złości są jak piorun. W filmie nie znajdziemy płomiennych kazań właściwym dla księży. A te liczne niedopowiedzenia sprawiają, że chcemy wiedzieć więcej o historii wioski, o nim samym. Oczekujemy więc w napięciu. Nie możemy się doczekać następnej sceny. Ten spokój i opanowanie chłopaka kontrastuje z ogromnym cierpieniem ludzi, których ból jest tak wielki, że w końcu coś musi w nich pęknąć. To nieszablonowe zachowanie młodego księdza prowokuje lawinę rozpaczy, której nie da się już zatrzymać. Od dawna skrywana nienawiść wreszcie wychodzi na światło dzienne. Zamiast pokuty za nienawiść, jest tłumaczenie i próba odszukania oczyszczającej prawdy w nich samych. Znamienna jest również scena spowiedzi, kiedy matka bijąca swoje dziecko wyznaje ten grzech w konfesjonale i zostaje – ku swojemu zdziwieniu – wysłana z nim na rower.


Oto chłopak znikąd przybywa i próbuje swoją szczerością oraz trochę też naiwnością naprawić krzywdy ludzkie. Łącząc w sobie dwa przeciwstawne charaktery – anioła i chuligana, postępuje, jak czuje. Bez uprzedzeń czy pragnienia władzy. Nikogo nie udaje. Nie musi nosić koloratki, aby było w nim widać chrześcijanina, duchowego przewodnika swoich owieczek jakim powinien być prawdziwy kapłan. Nie ma w sobie ani odrobiny pychy czy pogardy dla drugiego człowieka. Swym zachowaniem oraz słowami wzbudza szacunek mieszkańców. Nie stroni też od dawnego życia ze wszystkimi jego uciechami, a mimo to jest na swój sposób rozmodlony.

Chociaż w filmie jest mnóstwo niedopowiedzeń. Nie znamy szczegółów z życia fałszywego księdza, to jednak nie można zostać obojętnym na tę historię. Zadaje ona pytane o sens życia i postępowania. Pyta o prawdziwego chrześcijanina. Pokazuje człowieka wraz z jego słabościami, który wedle prawa ludzkiego jest zły, ale pozostaje jeszcze prawo boskie, któremu ziemski kodeks nie podlega. Daniel próbuje mu dorównać.

„Boże Ciało” to więc film o nas, o społeczeństwie, o winie, za którą musi być kara. To też film o nienawiści i poszukiwaniu siebie oraz o próbie znalezienia sensu życia przez ludzi skazanych na społeczny ostracyzm. 

Brak komentarzy