Najnowsze

Krzysztof Piotr Łabenda: Cała literatura jest w pewnym stopniu przeszłością i nią żyje

Z prozą Krzysztofa Piotra Łabendy spotkałam się już przy okazji rozmowy o książce pt. „Pierścionek z cyrkonią” (wywiad promujący ten tytuł przeczytacie tutaj). Już wtedy byłam zachwycona historią oraz sposobem, w jaki pisarz prowadzi swoich bohaterów. Obecnie również cieszę się, że znów mogłam sięgnąć po kolejną powieść tego autora. Tym razem rozmawiamy o „Origami dwojga istnień i psa”. Jest to wielowątkowa opowieść o tym, że na prawdziwą miłość nigdy nie jest za późno oraz o tym, że z każdej – nawet najtrudniejszej sytuacji możemy wyciągnąć naukę. O co jeszcze pytam pisarza? Przekonajcie się sami.



Książka nosi tytuł „Origami dwojga istnień i psa”. Co w kontekście tytułu oznacza origami i skąd pomysł na tytuł? 

Krzysztof P. Łabenda:
Książka nosi tytuł „Origami dwojga istnień i psa”, ponieważ jest to opowieść o losie dwojga bohaterów – Bożeny Polańskiej i Macieja Rawicza, a także suczki Bożeny – Mufy. „Origami…” jest opowieścią o miłości, która rodzi się między dwójką bohaterów. Nim jednak pojawi się miłość (ta prawdziwa i szczęśliwa), los musi trochę powyginać, pozałamywać karty życia Bożeny Polańskiej i Macieja Rawicza. Dlatego pojawiło się wcześniej nieudane małżeństwo Macieja i jego rezygnacja z dobrze opłacanej pracy, ponieważ dalsze w niej pozostawanie oznaczać będzie rezygnację z bycia przyzwoitym, zgodę na przestępstwa, a może i więzienie. Rawicz musi poszukać odpowiedzi na pytanie, czy walka ze złem powszechnie się panoszącym warta jest, by jej poświęcić siebie samego. Zanim jednak nastanie szczęśliwy czas, przewrotny los pognie wielokrotnie kartę życia Macieja, prowadząc go dwukrotnie na krawędź życia i śmierci. 
Zanim zakwitnie miłość Bożeny, policjantki, odejdzie ona na emeryturę, ponieważ nie będzie w stanie pracować po tym, jak zastrzeli człowieka. Ten martwy przestępca długo nawiedza kobietę w snach. Towarzyszy mu w nich ojciec Bożeny i jej niedoszły mąż – traumatyczne zjawy, czyli dwaj mężczyźni, którzy chcieli ją zgwałcić. 
Nim zatriumfuje miłość pojawi się pies, a raczej suczka Polańskiej – Mufa. To ona sprawi, że Maciej i Bożena zauważą wzajemnie swoje istnienie i zaczną myśleć o tym, co by było, gdyby to drugie było ze mną. Szczęściu dopomoże dość aktywnie Magda – przyjaciółka Bożeny. 
Wreszcie, w scenach końcowych, tenże los czy też życie, bawiąc się w mistrza origami zaprezentuje światu swoje skończone, doskonałe dzieło – dwoje ludzi, męża i żonę, oczekujących na cud narodzin. Obok nich będzie Mufa – maleńka, żarłoczna, przesympatyczna suczka o jamniczych genach. 
Pierwotnie chciałem tę powieść nazwać „Smaki życia”, gdyż życie bohaterów, a i psa także ma różnorodne i odmienne smaki. Zrezygnowałem z tego tytułu, ponieważ sugeruje on, że mamy oto przed sobą książkę kucharską za namową redaktor prowadzącej moje wszystkie powieści i jednocześnie poetki, jakże wdzięcznie zwanej Renezją. To ona zasugerowała, aby pojawiło się słowo „origami”.

Czym ta książka różni się od poprzednich?

Zacznę od różnicy w sumie najmniej istotnej dla czytelnika, ale w pewien sposób ważnej dla mnie. W tej powieści nie ma mojego ukochanego Paryża. Prawie wcale nie ma zachwytu nad winem, choć o alkoholach nieco mocniejszych jest trochę. 
Poprzednie książki były w dość dużej mierze „osobiste”. Bazowały na moich doznaniach, czyli na tym, co mi się w życiu przytrafiało. Tutaj fabuła jest w dużym stopniu wytworem mojej wyobraźni. Z wyjątkiem Mufy, która istnieje i mieszka ze mną. Sunia przejawia wszystkie cech, które zostały w tej powieści opisane. 
Nie wyzwoliłem się w tej książce od snucia opowieści o pogmatwanych ludzkich losach, od zaglądania w czarne zakamarki dusz ludzkich i obdarzania bohaterów spóźnioną, ale szczęśliwą miłością. 
Nowością są jednak rozbudowane wątki o charakterze kryminalnym, choć „Origami dwojga istnień i psa” w żadnym razie kryminałem nie jest. 
Pierwszy raz w „Origami…” jest nie tylko szczęśliwe zakończenie, ale pojawia się też dziecko będące dopełnieniem szczęśliwej miłości. 

Skąd wziął Pan inspiracje do losów Macieja Rawicza? 

Większość mego życia spędziłem w bankach. Sporo z tego przy udzielaniu niemałych niejednokrotnie kredytów. W tamtych czasach zdarzały się takie sytuacje jak ta, która przytrafiła się Maciejowi. Wiem, jak to jest, kiedy do świata finansów wkracza polityka, układy, a zamiast „trzeba” zjawia się „musisz”. Nie powiem, oczywiście, jak jest dziś. Wierzę, że inaczej, ale z doniesień medialnych dotyczących na przykład słynnych „dwu wież” mogę wnosić, że coś jest czasem jeszcze na rzeczy. Te „dwie wieże” przebiegną przez chwilę przez karty „Origami…”, ale ta powieść nie jest jednak o polityce, choć ta, w jakimś sensie, tkwi gdzieś w tle. 

Bohaterowie powieści borykają się z trudnymi decyzjami i przeszłością. Mają moralne rozterki. Jaki miał Pan sposób na konstrukcje fabuły tak, aby skomplikować losy bohaterów?

Kiedyś powiedziałem, że podczas pisania lubię zaglądać w ludzkie dusze, w ich mrok. Szczególnie, gdy te dusze nie są do końca czyste. Czyste pozostawiam Panu Bogu i aniołom. 
Bożena – budowanie jej postaci zaczęło się od zasłyszanego gdzieś zdania: „jeśli chcesz legalnie zabić człowieka – zostań policjantem”. Stawiałem sobie pytanie: „jak to jest zabić?” Co się czuje, zwłaszcza po? Co czuje się na moment przed utratą życia. Tkwi we mnie scena końcowa z „Krótkiego filmu o zabijaniu” Krzysztofa Kieślowskiego. Uważam ją za jeden z najlepszych argumentów przeciwko karze śmierci. Chciałem zastanowić się nad tym, czego doświadcza po zbrodni „zwykły” i w pewnym sensie „przypadkowy” człowiek. Użycie broni przez policjanta doskonale się do tego nadawało. Wybrałem policjantkę, wychodząc z założenia, że jej psychika jest inna, może słabsza, bardziej subtelna, a przez to ciekawsza. Do tego miała liczne traumy z dzieciństwa po to, by los mocno przygniótł ją do ziemi i ostatecznie doprowadził na skraj rozpaczy. To pozwoliło mi pokazać siłę kobiet, ich zdolność do podnoszenia się z kolan. Jeśli moja postać jest w stanie tyle znieść, a ja do tej pory nie stosowałem tragicznych zakończeń, to w końcu musi się pojawić „nagroda” – Maciej, wytęsknione uczucie (miłość). Powiadają, przepraszam – to nie moje słowa (śmiech), że każdej kobiecie kończy się kiedyś gwarancja. Chciałem, by dobro spotkało Bożenę przed ta datą.

Biorąc pod uwagę problem moralności zawarty w książce, nie mogę nie zapytać Pana, czym jest moralność dla Krzysztofa Łabendy?

Ponownie powinienem powiedzieć – jakie dobre pytanie! Dziękuję, że pyta Pani, czym dla mnie jest moralność nie oczekując uogólnień czy uniwersalnych recept, definicji. Z racji wychowania jakie odebrałem i wykształcenia, które zdobyłem, moralność sytuuje się dla mnie blisko prawa i etyki. Jeśli moje działanie bądź zaniechanie wywoła we mnie poczucie winy, to znaczy, że nie zachowałem się moralnie. Dla mnie moralność jest pewnym zbiorem zasad ponadczasowych i ponadkulturowych, takich jak: „nie zabijaj” czy „nie kradnij”. Zasady takie, jak te są także usankcjonowane prawnie. W tej grupie umieściłbym także szereg zasad, norm czy przekonań, które w dużej mierze składają się na prawa człowieka. Nasze społeczeństwo – podkreślam, że jest to mój subiektywny pogląd – nader często myli moralność z obyczajnością. To nie są pojęcia tożsame.

A co z moralnością u człowieka?

Każdy z nas ma jakiś poziom moralności, który zmienia się wraz z rozwojem człowieka. W pierwszej kolejności pojawia się lęk przed karą. To jest początek rozwoju moralnego. Dalej człowiek mówi sobie: „zachowuję się moralnie, ponieważ mam z tego korzyść, a w następnym etapie rozwoju moralnego człowieka: zachowuję się moralnie, ponieważ rozumiem i popieram obowiązujące prawo, kolejny etap – postępuję moralnie, gdyż szanuję i uznaję decyzje większości i wreszcie jestem moralny, kiedy wierzę w uniwersalne zasady panujące w świecie ludzkim, w społeczeństwie. 
To, co tu powiedziałem to nic innego jak teoria rozwoju moralnego człowieka sformułowana przez Kohlbera. Jego zdaniem człowiek w swoim rozwoju moralnym dochodzi najczęściej do poziomu trzeciego, czasem czwartego. Wierzę w tę teorię i uważam, że osiągnąłem poziom ostatni, choć z piątym miewam problemy (śmiech). 
O dylematach moralnych moglibyśmy długo i na podstawie zachowań Ewy z „Pierścionka z cyrkonią”, która odmawia oddania dziecku nerki. Pod tym kątem możemy też analizować zachowania Macieja z okresu „przed Bożeną”. 
Powinniśmy też pochylić się nad badaniami uczonych amerykańskich nad wpływem emocji na moralność: „czy zabiłbyś własne dziecko, jeśli jego płacz może sprawić, że nieprzyjacielscy żołnierze przyjdą zwabieni tym płaczem i zabiją dziecko, ciebie i kilka towarzyszących wam osób?”.

To bardzo dobre, ale zarazem trudne pytanie i temat na inną dyskusję. Wróćmy więc jeszcze na moment do bohaterów powieści. Maciej Rawicz – kim on jest i jaką rolę pełni w powieści?

Z tym dżentelmenem było trochę kłopotu. Maciej z początków powieści to zdolny finansista. Umie zadbać o własne aktywa na tyle, że w pewnym momencie nie musi się martwić o to, co będzie z nim na starość. Pod względem ekonomicznym może sobie pozwolić na luksus porzucenia pracy. 
To jednocześnie niepoprawny romantyk i trochę safanduła. Nie zauważa początkowo, że jego żona w istocie rzeczy nie darzy go miłością, ponieważ kocha tylko jego pozycję i pieniądze. Kiedy w końcu dotrze to do jego świadomości, nie potrafi nic z tym zrobić. Męczy się, ale jest wierny przysiędze małżeńskiej i z ulgą przyjmuje to, że to żona go zostawia. W skrytości ducha wierzy, że atrakcyjna i bardzo młoda Noemi jest zainteresowana nim oraz tym, co sobą reprezentuje, choć ona (Maciej to jednak czuje), chce go tylko wykorzystać. 
Mężczyzna ma swoje, trochę staroświeckie zasady i nawyki – kawa o określonych porach i tylko w cienkiej porcelanie, „gdzie pracuję, tam nie poluję”. Wobec czego stara się nie zauważać, że jego asystentka Luiza darzy go uczuciem. Lubi swoją pracę, więc godzi się na „drobne nieprawidłowości” przy udzielaniu kredytów, ale robi to tak, by nie ponieść ewentualnych konsekwencji. Oportunista? W dużej mierze tak. Są jednak pewne granice, których Maciej nie przekroczy. Przychodzi chwila, gdy nabiera obrzydzenia do własnego oportunizmu i odchodzi z pracy z trzaskiem drzwi. Dlaczego? Strach? Pewnie tak. Poczucie przyzwoitości? To także. Zaczyna więc dostrzegać wartość zasad, potrzebę legalizmu. To pozwala mu na „swobodny oddech”.

Kim jest dla Macieja Bożena? 

Początkowo w jakimś sensie zagadką. Zaciekawia go, zmusza do postawienia sobie pytania: „z jakiego powodu do tej pory jej nie dostrzegałem, a teraz coś mnie do niej ciągnie?” Pojawia się obok ciekawości także i zauroczenie, tkliwość, chęć otoczenia opieką. Bożena jest szansą na inne, lepsze życie. Człowiek nie powinien być sam, chyba, że jest to jego świadomy i najczęściej bolesny wybór, choć według mnie, także wówczas nie jest sam. 
Nieodżałowanej pamięci Georges Moustaki w przepięknej piosence „Moja samotność” dowodzi, że nigdy nie jest sam, bowiem obok ma ową samotność, którą spersonalizował. Robinson miał kozę, a później Piętaszka, bohater „Poza światem” tworzy sobie towarzysza z piłki. Takie przykłady można mnożyć. 
Maciej, mimo niezbyt pozytywnego doświadczenia związanego z nieudanym małżeństwem, też nie chce być sam, a i Bożena podświadomie wysyła sygnały (a przed sobą wręcz to przyznaje), że chce uciec od samotności. 
„Origami…” jest powieścią o traumach. Oboje, zarówno Bożena jak i Maciej chcą, by to drugie było lekarstwem, ulgą w tych traumach. Z tego zrodzi się miłość. Początkowym katalizatorem będzie oczywiście Mufa – suczka Bożeny.


Po co w ogóle pisać o przeszłości w literaturze? 

To dobre pytanie! Mam nadzieję, że nie znajduje Pani w moich powieściach nieustannego, wielokrotnego, starczego, wracania do rzeczy i spraw minionych. Jest taki uczony, chyba angielski, Julian Barbur – nie będę tu mówił o jego skomplikowanych teoriach naukowych, ale twierdzi on, że czas jest iluzją, ponieważ istnieje tylko teraźniejszość. Nie ma czegoś takiego jak przeszłość i przyszłość. To jest jedna z kwestii, nad którą zastanawiam się przez chwilę w powieści, którą obecnie piszę. 
Fizycy oczywiście natychmiast to zakwestionują, jednak warto się zastanowić nad czasem, nad wpływem przeszłości i teraźniejszości na naszą przyszłość. To, co się wydarzyło kiedyś, co się wydarzyło teraz, choć owo „teraz” za moment stanie się „kiedyś”, w mojej ocenie kształtuje nasze losy, wyznacza naszą przyszłość. Czytelnik odnajdując podobieństwa do sytuacji, w jakiej sam jest, ma szansę – po refleksji nad tym, co właśnie przeczytał – modelować swoją teraźniejszość, a więc i przyszłość. Cała literatura jest w pewnym stopniu przeszłością i nią żyje. Nawet powieści futurystyczne są osadzone w przeszłości, w tym co się „narodziło” w umyśle autora oraz w tym, czego zdążył się dowiedzieć ze źródeł.

W tej historii znajdziemy również wiele innych trudnych tematów takich jak na przykład: depresja, przemoc rodzinna, układy w interesach. Czy konsultował Pan konkretne wątki ze specjalistami? 

Kiedy siadam do pisania, a pomysł jest sprecyzowany i fabuła w dużym stopniu zarysowana, robię research. Szukam informacji, źródeł, badań i ich wyników. Zaglądam także do własnego wnętrza, bowiem – nie chwaląc się – życie miałem do tej pory niebanalne - dość bogate w doświadczenia. 
Nie zwracam się natomiast wprost do specjalistów w danej dziedzinie, choć pojawiające się w przeszłości wątki medyczne konsultowałem z moim serdecznym przyjacielem – doktorem nauk medycznych. Gdy go zabrakło, zostałem skazany na typowe dla mnie poszukiwania. 

Podczas Naszej rozmowy wspomniał Pan, że pisze już nową powieść. Proszę zdradzić, co to będzie za fabuła?

Powiedziałem Pani o pomyśle na powieść pt. „Smaki życia” w tym znaczeniu, że życie każdego smakuje inaczej, ale i nasze różnie smakuje w zależności od okoliczności. Tym razem chcę spróbować, jak „smakuje” thriller. Bez szczęśliwej miłości, choć z kobietą i mężczyzną, czyli bohaterami, mocno doświadczonymi przez życie. Pojawi się tam Magda z „Origami…”. Rzecz dzieje się w maleńkim miasteczku gdzieś na Kaszubach (tytuł: Miasteczko Pomroka). Giną młode dziewczyny, co ma miejsce zawsze na początku wakacji i zawsze po promocji do klasy maturalnej. Porwane żyją tylko przez rok. Zdarzy się morderstwo chłopaka jednej z porwanych. W powieści pokażę czarne, odrażające dusze ludzkie i powody, dla których te dusze takimi się stały. Poruszam w niewielkim stopniu temat miłości lesbijskiej (ale raczej jako „wisienka na torcie” niż temat główny). Jedną z postaci będzie też sympatyczny ksiądz proboszcz… Tyle, myślę, wystarczy. 
Ja swoje dzieło skończę pewnie jesienią, a kiedy będzie w księgarniach? Za rok?, Później? Nigdy? Jest przecież tylko teraźniejszość, jak twierdzi seryjny morderca z tej powieści.

Brzmi intrygująco, więc z pewnością fani Pana powieści będą czekać na tę historię. Życzę szybkiej publikacji i dziękuję za poświęcony mi czas. 

Rozmawiała 

Brak komentarzy