Cześć!
Mam na imię Sylwia i witam Cię na stronie Kulturalne Rozmowy! Jest to portal dziennikarski działający na własnych zasadach, na którym znajdziesz wiele ciekawych wywiadów z gwiazdami, inspirujące historie ludzi sukcesu oraz recenzje dobrych książek i filmów. Rozgość się!

Zainspiruję Cię do osiągania wyższych celów.
Sprawdź, jak robią to inni!
CZYTAJ WIĘCEJ
  • 1
    WYWIADY
    Zapraszam Cię do poznania fascynujących historii ludzi sukcesu przepełnionych pasją nie tylko ze świata show biznesu.
    SPRAWDŹ TUTAJ
  • 2
    RECENZJE
    Poznaj dobre książki oraz ich Autorów. Wejdź ze mną do świata literatury, z którego nie będziesz chciał odejść.
    SPRAWDŹ TUTAJ
  • 3
    ARTYKUŁY
    Lubię coś czasem napisać, podzielić się opinią, spostrzeżeniami lub wiedzą na dany temat.
    SPRAWDŹ TUTAJ
  • 4
    INSTA KURS
    Chciałabyś zacząć zarabiać na Instagramie? Poznaj najlepsze metody kreowania wizerunku, które opisałam w kursie.
    SPRAWDŹ TUTAJ

[rozmowa o książce] Krzysztof Piotr Łabenda: "Miasteczko Pomroka" "urodziło się" z matki złości i ojca bólu


Do czego jest w stanie się posunąć człowiek, który pragnie być kochany? Czy jesteśmy źli od narodzin, czy zło dopiero się w nas rodzi? Czy możemy zapobiegać złu? Jakie miejsce w społeczeństwie powinna mieć kobieta? Na te i inne pytania stara się szukać Krzysztof Łabenda w swojej najnowszej powieści pt. "Miasteczko Pomroka" – historii kryminalnej, której akcja została osadzona w fikcyjnej małomiasteczkowej społeczności pełnej stereotypów, patologii oraz zaściankowości mieszkańców. Zapraszam do lektury, a nie będziecie żałować.

Krzysztof Piotr Łabenda: „Miasteczko Pomroka” wywiad

Jest Pan z zawodu prawnikiem, więc z pewnością miał Pan w swoim życiu możliwość doświadczyć albo zapoznać się z historiami kryminalnymi podobnymi do tej opisanej w "Miasteczku Pomroka". Czy tworzył ją Pan właśnie na podstawie takich prawdziwych wydarzeń? Czy jednak jest to tylko wytwór Pana wyobraźni?

Krzysztof Piotr Łabenda: Widzę, że na początku musimy pewne rzeczy uporządkować i uściślić. Tak, jestem doktorem praw, ale nigdy w życiu nie wykonywałem zawodu prawnika. Byłem bankowcem, nauczycielem akademickim, ale nie prawnikiem. Powiem więcej – mam w sobie tyle pokory (albo też nie mam tak wielkich pokładów bezczelności i tupetu), że nie śmiem – w przeciwieństwie do niektórych polityków – nawet z doktoratami, nazywać się prawnikiem (jak np. pewna europosłanka – magister administracji), choć o prawie pewne pojęcie mam.

Nie złożyło się jednak jakoś, choć mam kilku znajomych wśród praktykujących prawników, bym miał okazję studiować autentyczne przypadki kryminalne. Sięgam jedynie po relacje medialne. "Miasteczko Pomroka" od pierwszej do ostatniej litery zrodziło się zatem w mojej głowie.

Wątek kryminalny osadził Pan w bardzo małym miasteczku, gdzie każdy zna każdego. Dlaczego wybrał Pan właśnie taką lokalizację?

"Miasteczko Pomroka" "urodziło się" z matki złości i ojca bólu. Ta mieścina miała w moim zamyśle skupiać w sobie większość wad i przywar nas, Polaków. To ma być taka „zła Polska” w miniaturze, w soczewce. Moja złość tego właśnie dotyczy. Nazbyt często bywamy w swej masie częstokroć nietolerancyjni, ksenofobiczni, rasistowscy, płytcy intelektualnie. Pijemy zbyt dużo. Akceptujemy przemoc i nie akceptujemy obcych. Tak się dzieje, zwłaszcza w małych miejscowościach. Wskazują na to moje obserwacje, a i sporo materiałów w mediach. Nie mogłem i nie chciałem pisać o konkretnej, istniejącej miejscowości. Wyobraża sobie Pani, co by się działo, gdybym akcję osadził np. w Pcimiu?

Jestem z Gdańska. Tu się urodziłem, wychowałem i tu pewnie umrę. Można więc powiedzieć, że w jakimś stopniu jestem Kaszubą. Spędzam latem sporo czasu na Kaszubach i odnajduję tu, niestety, sporo wątków z Pomroki. Są oczywiście jasne strony i te są w przewadze. Nie zmienia to faktu, że te nasze wady, ta wielokrotnie demonstrowana płytkość umysłów i jednocześnie niemoc, tych mówiących o potrzebie zmian czy obrony określonych wartości, doprowadza mnie do białej gorączki.

Żeby odejść od wątków trącących polityką, powiem, że w "Miasteczku Pomroka" jest też – może zbyt mało wyeksponowany, ale jednak – wątek ekologiczny. Narzekamy na ulewy, huragany, klęski żywiołowe. Wiemy, że to efekt zmian klimatu. I co? Nic. Nie robimy prawie niczego, by to zmienić. Śmieci do lasu, plastik do morza, a ja znów mam powód do złości, że moje wnuki przez to nie zobaczą już takiego czy innego gatunku zwierząt bądź roślin. Bezmyślnie zabijamy Matkę Ziemię. Długo by o tym mówić.

Został nam jeszcze ojciec powieści – ból. Tak się złożyło, że miałem i mam w życiu sporo bezsennych nocy z jego powodu. To wtedy staram się zająć czymś umysł, więc projektuję sceny oraz dialogi w powieści. Jest to w pierwszej kolejności ból czysto fizyczny, ale przecież i gniew czy złość, o których mówię, także bolą. Niemoc w walce ze złem, które widzimy niemalże na każdym kroku. Cholernie boli to nasze, bezczelne "no to weźmy się i zróbcie". My ponarzekamy, będziemy pomstować, ale oni niech to zrobią. Jacy oni? Pytam. Przecież jesteśmy tylko "my". Władza ma zrobić, ma dać, bo przecież od tego jest. To się nam po prostu należy. Nie cierpię takiego myślenia.

Pomroka mogła zostać umieszczona (i jest) wszędzie, w Polsce.

Kim jest Kira Mazur z Pana historii? Skąd zaczerpnął Pan materiały dotyczące jej przeszłości?

Kira. Długo wybierałem imię dla mojej bohaterki. Nie mogła to być, z całym szacunkiem, Zofia, Baśka czy Monika bądź moja ulubiona Natalia. To imię musiało mieć w sobie to "coś". Siłę i jednocześnie miękką kobiecość. Jak zakochany uczniak wymawiałem je głośno na różne sposoby, by sprawdzić, jak brzmi – szybko i twardo, jak w wojsku i miękko, czule, jak wieczorową porą, z nadzieją na pójście do sypialni.

Uznałem, że to dobre imię dla kobiety zdecydowanej, aktywnej, pełnej energii życiowej. To imię pasuje także do kobiety oczekującej miłości. Jednak nie takiej banalnej, spokojnej, której owocem będzie gromadka dzieci i spiżarnia pełna przetworów. Może kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Taka jest moja Kira – jak roller coaster lub spieniona rzeka, która dopiero pod koniec biegu będzie mieć spokojne zakola i łagodne brzegi. Numerologia, po którą czasem sięgam, nadaje temu imieniu podobne znaczenie, choć akcentuje kobiecą miękkość i dość towarzyskie usposobienie.

Nie spotkałem takiej Kiry w realu i proszę nie pytać, czy choć trochę żałuję.

Musiałem też Kirze dać jakiś ciężar, którego inne nie są w stanie dźwignąć, by pokazać, że kobieta może i potrafi. Dlatego wysłałem ją do armii USA i dałem najcięższą służbę w Marines. W rzeczywistości bardzo mało kobiet przechodzi mordercze szkolenie w tych jednostkach. Zebranie materiałów na ten temat nie było szczególnie trudne. Dałem Kirze coś jeszcze – mękę wyboru między tym wyzwaniem i spełnieniem się a miłością i w efekcie banalną egzystencją z mężem i jego niezbyt atrakcyjną rodziną. Spotkałem takie rodziny wiele lat temu, gdy gościłem w Madison w stanie Wisconsin.

Krzysztof Piotr Łabenda Miasteczko Pomroka wywiad

Właśnie, Kira wykonuje bardzo ciężki jak dla kobiety zawód. Spotyka się też dyskryminacją w oczach mężczyzn. Jak Pan uważa, czy faktycznie mężczyźni nadal mają problem z kobietą wykonującą – w ich przekonaniu – zawód przeznaczony tylko dla nich?

Problem jest dość złożony. Odpowiedź na to pytanie brzmi inaczej, gdy pyta Pani o to mężczyzn z dużych miast, a inaczej, gdy zadaje się to pytanie w miasteczku typu Pomroka. Oficjalnie usłyszy Pani, że ależ nie, skąd. Parytet, równouprawnienie, to nasze drugie imię. Prawda bywa bardziej szara i częstokroć zupełnie inna. Przecież „Baby są jakieś inne” i nie chodzi tu o tytuł komedii filmowej. Polska prowincja, na której bywam, ma z tym problem. Choć może i nie tylko ta prowincja w sensie geograficznym, ale i (może nawet przede wszystkim) intelektualnym także.

W końcu to w umysłach ludzi teoretycznie wysoko wykształconych rodzą się, Pani wybaczy, idiotyzmy w postaci "cnót niewieścich" czy "ideologii gender". Sporą rolę odgrywa tu źle pojmowany tradycyjny model rodziny i roli kobiety w jej życiu. To skaza, tak sądzę, mająca swoje korzenie w eksponowanym swego czasu opacznie interpretowanym lub świadomie wypaczanym nauczaniu Kościoła Katolickiego. To jakiś abstrakcyjny świat, gdzie kobieta jest całkowicie poddana swojemu mężowi. Wielu panów w drugiej dekadzie XXI wieku, w kraju nad Wisłą uważa, że nie można dopuścić się gwałtu na własnej żonie. Proszę zwrócić uwagę na owo sformułowanie "własnej". Mój własny pies, moja własna żona.

Świat włożył na nogi sportowe buty i pobiegł do przodu, a niektórzy z nas, za namową hierarchów kościelnych i niektórych rządzących, ciągle jeszcze pochwalają człapanie w łapciach z łyka, do czego są zachęcani z ambon w takich miasteczkach jak Pomroka czy też poprzez niektóre stacje TV. Kobieta w typowo męskim świecie musi udowodnić swoją przydatność w stopniu znacznie większym niż mężczyzna, no i oczywiście nie ma prawa być mądrzejsza od faceta. Z jakiegoś powodu notujemy wysyp filmów i seriali, szczególnie traktujących o policji, gdzie kobiety dominują. Myślę, że dzieje się tak nie dlatego, że panie chcą coś odreagować, ale że usiłuje się zmienić postrzeganie kobiet we współczesnym świecie.

Kobieta za niewykonanie rozkazu została usunięta z Marines. Nasuwa się mi więc tutaj pytanie: co jest ważniejsze: ślepo wykonać rozkaz czy postępować zgodnie z własnym sumieniem i na własną rękę bez względu na konsekwencje?

Kolejne trudne pytanie. Okudżawa (młodsi pewnie nie kojarzą) śpiewał kiedyś utwór noszący tytuł, bodajże, "Piosenka o żołnierzu". Tam wojak śpiewa, że służba zdejmuje mu z głowy wszystkie kłopoty. Odzieją, nakarmią, dadzą żołd. W zamian oczekują jednego – wykonywania rozkazów. A to wykonywanie rozkazów ma też uspokoić ewentualne moralne rozterki. Żołnierz śpiewa "a gdyby się historia jakaś działa, ty jedno wiesz, Ojczyzna ci kazała i możesz w swą niewinność wierzyć szczerze. Jak łatwo być żołnierzem…". Rozkaz to rozkaz, wykonywałem tylko rozkazy. Brzmi znajomo? Nie myślę tu jednak o czasach hitleryzmu.

Pan w szarej jesionce z pałką teleskopową na strajku kobiet, z lubością (jak się wydaje) katujący tą pałką demonstrantki, policjant łamiący młodej, pokojowo protestującej dziewczynie rękę, zabieranie z domu na komendę piętnastolatka, bo opublikował na FB informacje o mającym się odbyć proteście. Straż Graniczna i wojsko kontra 32 uchodźców na granicy z Białorusią i rozkaz – utrudniać kontakt, żadnego dostarczania wody, jedzenia, pomocy lekarskiej. Wszyscy oni działali bądź działają na rozkaz. Czy można ich wrzucić do jednego worka? Nie.

Pan w jesionce i policjant swobodnie mogli, w mojej ocenie, włączyć tryb „myślę” i zachować się inaczej. Nie wykonać rozkazu sprowadzającego się do polecenia "bij, ale najlepiej tak, by nie było śladów". Nasza granica z Białorusią dziś już nie jest tak prostym problemem. Tam pojawia się trudny dylemat – ochrona granicy czy minimalny odruch człowieczeństwa. Jeśli ktoś stoi na tej granicy, to powinien stać tam, bo uważa to za słuszne. Jeśli jest inaczej – nie powinno go tam być.

Zatem – uważam, że ślepe wykonywanie rozkazów nie powinno mieć miejsca. Odmowę wykonania rozkazu przewiduje także i polskie prawo, precyzując warunki, jakie muszą być spełnione.

Kira robi to, co robi, łamie rozkaz, bo tak podpowiada jej nie chłodny rozum a serce. Ona wie, że czeka ja wydalenie ze służby, a może i więzienie, a mimo to łamie rozkaz, bo nie jest w stanie go wykonać. Robi tak, bo gdybym był Kirą, zrobiłbym tak samo.

Po tych tragicznych wydarzeniach kobieta postanawia wrócić do Polski i dostaje pracę w Wydziale Kryminalnym niedaleko Pomroki. Jej partnerem jest Fabian Krakowiak, z którym łączą ją dziwne relacje. Kim on właściwie jest?

Skoda. Moje utrapienie w czasie pisania książki. Mężczyzna po przejściach. Oficer, który służbie Ojczyźnie oddał dosłownie wszystko – zdrowie, życie żony, poczucie szczęścia i stabilizacji. Wypalony do końca. Atrakcyjny fizycznie i dodatkowo jeszcze skrywający wielką tajemnicę. W świetle prawa – morderca. Jak śpiewała onegdaj Elżbieta Adamiak (ktoś pamięta?) w piosence "Jesienna zaduma" – "tak, jak księżyc ludzie znają go tylko z jednej, jesiennej strony". Wymknął mi się spod kontroli w czasie pisania tej powieści i zaczął żyć własnym życiem. Początkowo, w trakcie pisania, wypalony i wewnętrznie praktycznie martwy nie oczekiwał niczego, poza jednym, choć głośno tego nigdy nie powiedział – zaszczytnej śmierci na posterunku, a przynajmniej w pracy, bo niby co miałby na emeryturze robić. Kiedy już się zastanawiałem, jak zginie, Skoda nagle stwierdził, że chce żyć i zażądał, by Kira była fizycznie podobna do jego ukochanej Bereniki, za której śmierć czuje się odpowiedzialny. Pojawia się więc kolejny ból, bo oto fotografia Bereniki – jeśli tak mogę powiedzieć – ożywa, a wraz z nią wszystko to, co bolało i niby zostało zapomniane. Kolejny krzyż do dźwigania. Ta tajemnica to także furtka, przez którą zarówno on, jak i Kira przejdą do nowej powieści. Jeśli taką napiszę, to… No właśnie – nie mam jeszcze na nią pomysłu, nie mogę obiecać, że powstanie.

Od czego zaczyna Pana pracę nad nową książką? Co stanowi punkt wyjściowy: miejsce, rodzaj zbrodni, czarny charakter? Co było inspiracją do powstania "Miasteczka Pomroka"?

Dość często jestem o to pytany przy różnych okazjach. Zawsze odpowiadam tak samo. Nie jest tak, że leżąc w bezsenną noc czy, spacerując z psem, zadaję sobie pytanie: "to o czym teraz chcesz pisać, Krzysztofie?" Jest inaczej.

Musi to być fraza, zwrot zasłyszany, które utkwią mi w pamięci i będą trochę, Bóg raczy wiedzieć, dlaczego, uwierać. Może to być jakiś ulotny obraz – roześmiana twarz dziewczyny idącej lekkim, tanecznym krokiem po ulicy. Cokolwiek. Później to "coś" staje się elementem konstrukcyjnym, wokół którego, początkowo wolno, leniwie i w ogólnych zarysach, zaczynam budować powieść.

Z "Miasteczkiem Pomroka" było dokładnie tak samo. Kilka lat temu (tak, tak) oglądając któryś z licznych polskich seriali kryminalnych, usłyszałem zdanie wypowiedziane przez schwytanego mordercę, młodego, pełnego kompleksów chłopaka. Jego ofiara miała na sobie białą sukienkę, wokół zwłok było mnóstwo płatków róży i kwiatów, płonęły świece. Powielany po wielokroć kicz, który – mimo wszystko – często w mentalnym Miasteczku Pomroka się sprawdza. Ona jednak nie chciała, więc zginęła. Zabił.

To zdanie mordercy, pytanego z jakiego powodu, brzmiało: „Chciałem, by było, jak w bajce”. To jedno jedyne zdanie, które zapamiętałem z tego filmu, tkwiło we mnie przez kilka lat, uwierało niczym cierń. Odchodziło i powracało. Domagało się rozwinięcia, aż wreszcie stało się swoistym kamieniem węgielnym. Kto zabije? Raz czy więcej? Kompleksy? Jakie? A śledczy – kim będą? Zbieranie materiałów i w miarę, jak ich przybywa modyfikowanie założeń pierwotnej powieści. Klocek do klocka, puzzle do puzzla. Wielokrotne poprawianie rękopisu, później maszynopisu. Tak to się z grubsza dzieje.

Bardzo ciekawie czyta się wątek dotyczący samej zbrodni oraz zachowania porywacza kobiet. Jest tam mnóstwo detali, które pokazują psychologiczny portret oprawcy oraz jego ofiar. Jak wyglądały przygotowania do kreacji tej postaci? Sięgnął Pan po literaturę fachową, jakieś akta zbrodni?

Akt sądowych czy policyjnych, jak już mówiłem, nie wertowałem. Literaturę fachową oczywiście i to wielowątkową z dziedziny psychologii, kryminalistyki, medycyny sądowej.

Ten psychopata to była dla mnie bardzo trudna postać. Pisząc, staram się, niczym aktor wcielający się w rolę, stać się kreowana postacią. Musiałem zatem wyobrazić sobie, że jestem porywaczem i mordercą, myśleć, jak on, cierpieć, jak on, nienawidzić, jak on. Wziąć na siebie bagaż jego kompleksów i chorych marzeń. W każdym z nas, na samym dnie duszy, śpi zło. Powołując do życia tego bohatera, musiałem to moje obudzić i na dodatek nie przestraszyć się tego, co może we mnie tkwić.

Nie wiem, jak to robią inni, ale ja nie dość, że staram się zostać tym złym, rozedrzeć ciemną zasłonę umysłu, za którą czai się psychopata, to jeszcze wcielam się w inne postaci pierwszoplanowe. Na tyle, jak dalece mogłem byłem więc Kirą, Fabianem. Ta wędrówka między osobowościami jest niezmiernie wyczerpująca, ale chyba jednak ułatwia pisanie, tym bardziej że wiem, iż w realu nie przekroczyłbym pewnych granic, a na kartach powieści mogę to zrobić. Ułatwia mi to jednak pisanie i może pozwala nie zwariować w dzisiejszym świecie.

Krzysztof Piotr Łabenda Miasteczko Pomroka wywiad

Kim wiec jest ów zbrodniarz? Jakie ma motywy działania, osobowość?

Trochę już o tym powiedziałem, a sporo elementów ułatwiających poszukanie odpowiedzi jest w samej powieści. Zakompleksiony nieszczęśnik, który wmówił sobie lub któremu wmówiono, że jego mniejsza atrakcyjność fizyczna eliminuje go ze świata relacji między kobietą a mężczyzną, nie pozwoli mu stworzyć rodziny czy zaznać szczęścia. Ten człowiek bardzo pragnie akceptacji i miłości, ale boi się sprawdzić, czy to możliwe. On przecież chce, by "było, jak w bajce". Tam zakończenie jest szczęśliwe. Liczy się tylko dobroć serca.

Ponieważ los zesłał mu bogactwo, może stać się Bestią i poszukiwać Pięknej. Ma przecież wszystko, oprócz fizycznej atrakcyjności. Przecież w istocie jest to mężczyzna elokwentny, oczytany, mądry na swój sposób, tylko straszliwie zraniony w dzieciństwie. Kiedy doznaje rozczarowania, to ze strachu i ze złości, że ta, która miała być wybranką, okazuje się, według jego oceny, głupią – zabija z zimną krwią i wyrachowaniem. Później jest druga ofiara i drugie rozczarowanie. Wreszcie jest i trzecia – Anka.

Dlaczego został mordercą? Kiedy doznał urazu, świat doskonale zajął się leczeniem jego chorego ciała, ale nikt nie pomyślał, by kurować także i duszę. Ślepota rodziny, lekarzy, nauczycieli i okrucieństwo otoczenia – to stworzyło mordercę. Nikt nie rodzi się zły, a i dobry chyba też nie. Szeroko rozumiane otoczenie sprawia, że jesteśmy tacy, a nie inni. Dziś też tak jest. Mężczyźni ciągle boją się pięknych kobiet, a jeśli ona jest piękna i inteligentna, to już katastrofa.

Łysina – dramat. Młodzieńcze pryszcze – koniec świata. Nadwaga u niej czy u niego – wykluczenie. Ludzie, zwłaszcza młodzi, bywają okrutni. Tak łatwo przychodzi im ranić. Ten (ta) z nadwagą to prosiak i szkoda dla niego (niej) czasu. Mniej zamożny – wieśniak, którym nie warto zajmować sobie głowy. Nie jest tak?

W ten sposób sami kreujemy takich osobników jak mój bohater negatywny, bo może jeden na tysiąc takich "prosiaków" czy "wieśniaków" odrzucony, niezdiagnozowany w porę, stanie się psychopatą. Aż się boję, że wpadnę tu manierę starczego utyskiwania, ale gdzie jest rozmowa między młodymi ludźmi, jaki kontakt mają z rodzicami, bo spora część z nich nie mówi, a jedynie wysyła komunikaty w sobie zrozumiały tylko sposób.

Żeby już skończyć ten temat – czego uczy bądź ma uczyć współczesna szkoła, która może ma szczęście do nauczycieli, ale do decydentów już nie. Dokąd idziemy? – chciałoby się zapytać – tym szlakiem dyskusyjnych bohaterów i świętych, szlakiem patriotyzmu rodem z XIX wieku. Tak sobie marzę, że jeśli po lekturze "Miasteczka Pomroka" choć jeden człowiek zostanie "uratowany" i nie stanie się "Bestią", to będzie to dla autora nagrodą największą.

Co jest najważniejsze w dobrej powieści kryminalnej?

Ba, żebym to ja wiedział! "Miasteczko Pomroka" zbiera mnóstwo pozytywnych recenzji, w których pojawiają się stwierdzenia, że to dobry kryminał czy thriller psychologiczny. Wolę to drugie określenie, tym bardziej że nie czuję się autorem kryminałów, choć w mojej poprzedniej powieści ("Origami dwojga istnień i psa") takie wątki są wyraźnie zaakcentowane, a szefowa wydziału kryminalnego Magda Olczyk występuje w obu powieściach.

Czytuję kryminały i podczas lektury oczekuję pewnych oczywistości. Musi być przestępstwo i wiążąca się z nim tajemnica. Powinno być parę mylnych tropów, które na początku zdają się prowadzić do rozwiązania. Oczekuję, że autor zmusi bohatera do pewnej gry intelektualnej, niezależnie od tego, czy ów bohater jest tym dobrym, czy tym złym. Ktoś zagadkę musi rozwiązać. Niezależnie od tego, czy będzie to komisarz Halski, czy panna Marple, ta postać nie może być zbyt płaska. Miło, gdy ma swoje drobne wady czy nawet irytujące przyzwyczajenia. Gdyby kryminał był pisany specjalnie po to, by uwzględnić moje preferencje, to prosiłbym o prokuratora o mentalności tępego idioty. Tyle.

Czy powieści kryminalne pisze się łatwiej niż np. obyczajowe? Czy wręcz przeciwnie?

Ja nie rozpatruję mojego pisania w tych kategoriach – co lepiej, a co gorzej, łatwiej czy trudniej. Gdybym jednak musiał przeprowadzić taką klasyfikację, to z mojego punktu widzenia łatwiej napisać powieść obyczajową. Można ją oprzeć na własnych doświadczeniach, zrealizowanych bądź nie, marzeniach, wpleść w jej wątek samego siebie. Tak robiłem.

W kryminałach tego zrobić się chyba nie da, o ile nie jest się byłym czy czynnym policjantem i nie ma się samemu zbrodni na sumieniu. Łatwiej pewnie napisać kryminał, gdy trafi się na podatny grunt i prawidłowo odczyta gusta czytelnicze, a w oparciu o to zbuduje jeden, dający się po wielokroć powielać, schemat. Wówczas można, jak belgijski pisarz Georges Simenon, napisać w ciągu życia 450 powieści, w większości kryminałów lub sprawić, by każdego roku po rynku wydawniczym przechadzała się nieco chwiejnym krokiem atrakcyjna i szalenie inteligentna pani mecenas. Do tego w dzisiejszym świecie mnóstwo reklamy (ktoś za nią musi zapłacić).

Co w tworzeniu kryminału jest najtrudniejsze? Fabuła czy bohater?

Oba zadania pisarz musi sprawnie rozwiązać, ale to dotyczące fabuły wydają mi się trudniejsze. Fabuła spaja wszystko. Jest sceną, na której wszystko się rozgrywa. Zdanie, które sprawiło, że powstało „Miasteczko Pomroka”, mogłem wykorzystać w powieści romantycznej, a jednak tego nie zrobiłem. Historia, którą sobie na jego podstawie zacząłem układać w głowie, opowieść o wielkim pragnieniu miłości, tak wielkim, że aż popycha do zbrodni, o lęku przed brakiem akceptacji, kompleksach, wymagała "powołania do życia" mojego "seryjnego". Mój gniew i brak zgody na przywary, o których tyle już mówiłem, zbudowały Pomrokę i nasyciły ją tym całym złem. Na początku była Pomroka, a później pojawiły się konkretne postaci.

Rozpoczynając pracę nad książką, znał Pan już jej zakończenie? Czy jednak rodziło się ono w miarę rozwoju wydarzeń?

I tak i nie. Kiedy siadałem do pisania, wiedziałem oczywiście, co chcę powiedzieć, jakie postaci się pojawią, jakie będą główne wątki. Jednakże "Miasteczko Pomroka", tak jak i wszystkie moje pozostałe powieści, ostatecznie obrastało tkanką podczas pisania. Nie miałem oczywiście pojęcia na początku, że pojawia się np. barman, usiłujący podrywać Kirę, Nie do końca miałem jeszcze nakreśloną sylwetkę księdza, ale za to doskonale wiedziałem, jak ma wyglądać i zachowywać się Zioło, choć i tu dokonałem korekt, łagodząc co nieco.

Mówiłem już, że Fabian mi "się zbuntował". Nie chciał odchodzić, oddając Ojczyźnie resztę tego, co jeszcze miał, a więc życia. Musiałem mu na to pozwolić i jednocześnie pozostawić otwarte zakończenie. Czy Kira i Berenika były siostrami? Nie wiem. Czy Fabian zechce wejść drugi raz do tej samej rzeki i będzie walczył o spędzenie reszty życia z sobowtórem Bereniki, czy, czy, czy? Nie wiem. Nie piszę teraz dalszego ciągu "Miasteczka Pomroka". Nie wiem, czy kiedykolwiek go napiszę.

Krzysztof Piotr Łabenda Miasteczko Pomroka wywiad

Którą część pisało się Panu najtrudniej? Dlaczego?

Bardzo trudno było mi „zostać” seryjnym mordercą, psychopatą. Bałem się tu przerysowań, nieprawdy, popadania w schematyzm i banał. Niełatwo też pisze się dialogi między takimi bohaterami jak Kira i Fabian. One musiały być, z uwagi na ich relacje, trochę sztywne, takie bardziej służbowe i jednocześnie zimne, Z tyłu zaś powinna tkwić nutka sentymentalna. Trudno też i mam tak zawsze, pisze mi się "role kobiece", a zatem Kira. Teraz pracuję nad opowieścią, w której prawie wcale nie ma mężczyzn. Główne bohaterki mają dość splątane losy. Poprzeczka jest wysoko, ale myślę, że skoczę. Początkowo chciałem pisać nie jako narrator, ale w pierwszej osobie. Nie dźwigam tego ciężaru.

Wiedząc już, gdzie osadzi Pan fabułę, czy od początku zastanawiał się Pan, w jaki sposób odsłonić prawdę o mieście? I czy Pana powieść może stanowić – w pewnym sensie – przewodnik po ciemnej stronie małych miejscowości, gdzie życie toczy się o wiele za wolno a patologia to codzienność?

Jak już mówiłem "Miasteczko Pomroka" to ta gorsza strona naszego kraju, to skupisko tego wszystkiego, co mnie irytuje i przeraża. To nagromadzenie zła patologii jest tu zabiegiem celowym. Chciałem, by czytelnik choć przez chwilę zatrzymał się w tym miasteczku i, spojrzawszy na życie w nim pulsujące, pomyślał: "cholerka, tak jest! To my!" To jest w jakimś sensie przewodnik i po miejscach, gdzie życie toczy się nie tylko wolno, ale też inaczej, gdzie wierzy się w broń elektromagnetyczną, mikroczipy wszczepiane człowiekowi podczas szczepień, gdzie miejsce kobiety jest w kuchni i sypialni, a wódka sposobem na rozwiązanie każdego problemu. W tych miejscach stoją jednocześnie całkiem przyzwoite odbiorniki telewizyjne, ale przełączanie w nich kanałów jest zbyt męczące. Wystarczy ten, na którym śpiewa Zenek czy inny Sławomir, a wieczorem podają do wierzenia prawdy objawione o tym, co w kraju i na świecie. Tu głupi jest ten, kto proponuje wędkę, ale zbawcą narodu jest rozdawca darmowych ryb. Tu panuje też myślenie "po mnie choćby wojna", jakby ci ludzie nie mieli dzieci, wnuków.

Czy po napisaniu tak trudnej powieści czuje Pan potrzebę odreagowania tych często poważnych tematów o dużym ładunku emocjonalnym? Jeśli tak, to w jaki sposób?

Czas dobrych cygar czy papierosów mam już za sobą. Już wiem, że choć potrafią smakować, to jednak dobre nie są. Za mną już także czas kostek lodu dzwoniących w szklaneczce whisky czy wspaniałego aromatu armaniaku bądź koniaku, czy brandy. Wszystko ma swój czas i swój kres. Czasem tylko trochę żal. Nie tędy więc droga, a odreagować rzeczywiście trzeba. Co więc pozostaje? Dobry jazz słuchany godzinami, płyty Diany Krall czy Kari Bremnes (mam chyba wszystkie), trochę lekkiej literatury. Prawdę jednak powiedziawszy nie stać mnie na zbyt długo trwające takie przyjemności. Jestem w takiej fazie życia, w której człowiek zaczyna wyrzucać ze swojego słownika i ze swojego życia to niebezpieczne słowo "potem". Dla takich, jak ja "potem" przestaje istnieć, ponieważ jest obarczone zbyt dużym ryzykiem, że może się zmienić w "nigdy". Mam jeszcze sporo do zrobienia, może i napisania, zatem nie mogę zbyt długo oddawać się li tylko przyjemnościom i zrzucaniu z siebie balastu rzeczy, które się już stały.

W "Miasteczku Pomroka" jest też fragment rozważań o czasie. Bohater negatywny powiada, że liczy się tylko tu i teraz. Nie mamy już wpływu na to, co było (wszak już się stało) i na dobrą sprawę nie wiemy, co będzie. Jest tylko teraz. Carpe diem – coś w tym jest. Resetuję się zatem stosunkowo krótko i wkraczam do kolejnej kreowanej rzeczywistości, ubieram nową maskę i zyskuję nową tożsamość.

Zawód policjanta to z reguły praca zespołowa. Natomiast pisarz działa zazwyczaj sam i pewnie często musi narzucić sobie pewną dyscyplinę, aby w ogóle mógł zacząć pisać. Czy przytrafiła się Panu kiedykolwiek blokada pisarska? Co Pan zazwyczaj robi w takiej sytuacji?

Nie piszę od godziny do godziny. Do pracy na etacie już chodziłem, a pisania nie traktuję jak pracy. Nie narzucam sobie, że musi to być 5 czy 10 stron dziennie. Nic z tych rzeczy. "Echo z dna serca, nieuchwytne…" to mnie sadza przy biurku. Ma Pani rację – pisanie to działanie samotne. Ono jest dla mnie czynnością na tyle intymną, że wymaga samotności. Już kiedyś mówiłem, że nie znoszę "zaglądania przez ramię".

Moja kochana żona, jeśli chce wiedzieć więcej niż jej o powieści podczas jej pisania mówię, to przegląda kartki rękopisu przeznaczone do zniszczenia. Ona też, co naturalne, jest pierwszą czytelniczką gotowego dzieła. Kiedy jednak owo "echo" nie chce wybrzmieć, kiedy czuję się jak pojazd zakopany w piachu czy śniegu – koła buksują, a ja tkwię w miejscu i nie wiem, co dalej, to mam tylko jeden sposób – przeczekać, ale nie biernie. Przeczekać czytając, poprawiając, cyzelując to, co zostało już napisane. Wówczas z reguły pojawia się odblokowanie. Odblokować się pozwalają też wspomnienia. Najgorzej jest, w istocie, zacząć, przenieść pierwsze zdanie na papier, tym bardziej że narzuciłem sobie taką manierę, że każdy rozdział mojej powieści rozpoczyna się powiększoną i pogrubioną czcionką (inicjał), a zatem rozpoczynanie od dialogu jest siłą rzeczy wyłączone...

Czego szuka Pan w literaturze kryminalnej, gdy sięga po jakiś tytuł? Rozrywki? Przestrogi? Morału? Czy oderwania się od rzeczywistości?

Kryminały czytam zawsze dla rozrywki, by – jak to Pani ujmuje – oderwać się od rzeczywistości. Oprócz tego w lekturze, każdej, szukam mistrzostwa, elementów, które nauczą mnie pokory, które kolejny raz zmuszają mnie do postawienia sobie pytania: "Krzysztofie, czy masz prawo nazywać siebie pisarzem. Zobacz, jak powinien operować słowem pisarz". Często jednak budzi się we mnie pod wpływem tego, co czytam, ten drugi, zadufany w sobie "ja". No, jeśli to jest pisarstwo, a autor jest uznawany za pisarza, to spoko, ja też nim jestem. W lekturze kryminałów szukam też inspiracji, ciekawych pomysłów zarówno na zbrodnię, jak i na jej rozwiązanie.

A czego powinni szukać czytelnicy, sięgając po "Miasteczko Pomroka"?

Mam nadzieję, że "Miasteczko Pomroka" jest w stanie dostarczyć nieco rozrywki, zaskoczyć zwrotami akcji, zaintrygować. Byłoby super, gdyby lektura tej powieści uzmysłowiła czytelnikowi, jak skomplikowane mogą być relacje między ludźmi, jak bardzo można kochać czy też pragnąć miłości. Chciałbym, by skłoniła ona do refleksji nad tym, skąd się bierze w człowieku zło oraz dlaczego tacy, jak mój negatywny bohater, muszą robić to, co robią. Czy zło w nas tkwiące musi wcześniej, czy później się ujawnić, czy może jednak odpowiednie relacje między nami są w stanie mu zapobiec? Ta refleksja powinna objąć także i to, co Pomroka tak eksponuje – nasze wady.

W "Rewizorze" Gogola pada ta słynna kwestia "Z czego się śmiejecie. Sami z siebie się śmiejecie". Tu można powiedzieć: "Co was oburza? Tacy jesteście". Pamiętać jednak trzeba, że to, co pokazuję i podkreślam, to mniejszość, ale jednak bardzo bolesna. Może jeszcze coś, co znajduję w niektórych wypowiedziach i recenzjach, a co jest z jednej strony powodem mojej dumy, a z drugiej zażenowania.

Pomijając wszystko inne, mówi się, że warto przeczytać "Miasteczko Pomroka" dla języka, jakim jest napisane. Jestem może nudny, ale uważam, że poprawna polszczyzna jest miarą naszego patriotyzmu, a piszący winni się jednak posługiwać językiem literackim.

Czy oprócz pisania dobrych kryminalnych historii, czyta Pan powieści z tego gatunku? Jeśli tak, to czy ma Pan swoich ulubionych autorów, pisarskie wzorce?

Tak, oczywiście czytam. Tu chyba nie jestem zbyt oryginalny, mówiąc, że lubię kryminały skandynawskie – zarówno te pisane, jak i te przeniesione na ekran. Kryminały i powieści amerykańskie zajmują trochę miejsca w mojej biblioteczce i bardzo chętnie po nie sięgam. Agatha Christie – na niej się wychowałem, podobnie, jak na kryminałach Simenona. Lubię do nich wracać. Chyłka? Tylko na ekranie telewizora, podobnie, jak Bonda.

Dziękuję za poświęcony mi czas.

Rozmawiała


Zapraszam na pozostałe rozmowy z Autorem promujące Jego książki. (kliknij w okładkę)

Krzysztof Piotr Łabenda Origami dwojga istnień i psa wywiad   Krzysztof Piotr Łabenda Pierścionek z cyrkonią wywiad

Chcesz podzielić się ciekawym newsem lub zaproponować temat do rozmowy albo żebym przeczytała i zrecenzowała Twoją książkę? Skontaktuj się ze mną, pisząc maila na adres: sylwia.cegiela@gmail.com.

Dziękuję, że przeczytałaś/eś ten artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z kolejnymi nowościami wydawniczymi lub ciekawymi historiami, zapraszam do mojego serwisu ponownie!

Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie tylko i wyłącznie za zgodą Autorki niniejszego portalu.