Najnowsze

Wiedźmin – amerykańskie spojrzenie na prozę Sapkowskiego

Muszę na wstępie Wam powiedzieć, że nie jestem zagorzałą fanką filmów i książek z gatunku fantasy. Nie obejrzałam „Gry o Tron”, a pierwszą wersję „Wiedźmina” znam tylko wyrywkowo. Pamiętałam więc imiona bohaterów i mam też w pamięci kreację Geralta w wykonaniu Michała Żebrowskiego oraz wybrane sceny z polskiej ekranizacji. Jednak do lektury nigdy nie doszło.

Co więc mnie skłoniło do obejrzenia amerykańskiej wersji? W sumie do końca nie wiem. Chyba wszechobecne reklamy serialu. Może, a raczej na pewne duma, że w USA sięgnięto po prozę Polaka, ponieważ w końcu nie wieloma ekranizacjami rodzimych powieści możemy się pochwalić – znam tylko amerykańskie ekranizacje „Quo Vadis” Henryka Sienkiewicza czy „Solaris” Stanisława Lema.


Stało się więc – obejrzałam! Uważam, że było warto i ten pierwszy sezon zachęcił mnie do oczekiwania na kolejny sezon, a może nawet – jeśli czas pozwoli – do przeczytania książki.

Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to fakt, że serial zaczyna się mocnym akcentem, czyli walką Geralta z Rivii (wtej roli Henry Caville) z gigantycznym pająkiem (chociaż wyglądem przypominał robopająka z filmów science-fiction, to i tak dobrze się to oglądało), czyli od razu dało się odczuć napięcie, które potem tylko rośnie w kolejnych odcinkach.

Ekranizacja w reżyserii Lauren S. Hissrich nie skupia się jednak na jednym bohaterze – już w pierwszych minutach obrazu odkrywane są przed widzem kolejne postacie. Ta układanka dopiero w następnych odcinkach nabiera większego znaczenia. Jednak nie zmienia to faktu, że można się zagubić w akcji, ponieważ rozrywa się ona na dużej przestrzeni czasowej, przez co czasem oglądający traci orientację, w którym miejscu się znajduje i czego dotyczy wątek – czasem więc brak związku między jedną akcją a drugą. Stanowi to ogromny problem dla kogoś, kto nigdy nie czytał sagi Sapkowskiego.

Jednak główne wątki serialu to – oprócz oczywiście osoby Wiedźmina – historia garbatej przez długi czas Yennefer i jej dość irytujące zachowanie oraz losy księżniczki Ciri – jej wędrówkę. Ta wielowątkowość nie pozwala ani na chwilę oderwać myśli od serialu. Trzeba być non stop skupionym, ponieważ nie wiadomo, co wydarzy się w następnej scenie. Intryga goni intrygę. Jest też wątek namiętności (momentami dość naciągany, ponieważ według mnie zbyt dużo miejsca poświęcono nagości Yennefer, która nie ma wyraźnego uzasadnienia) czy dialogi – można uznać je za dowcipne, choć mnie ten rodzaj humoru nie porywa.

Szybka akcja już na samym początku, realistyczne sceny bitwy oraz naturalistycznie wyglądające potwory to zaleta tego serialu. Krew leje się strumieniami z dosłownie każdej strony za sprawą szybkiej i bardzo dynamicznej choreografii bitewnej.

Z kolei pojawiające się w serialu potwory czasem przypominające te z klasycznych horrorów również głęboko zapadają w pamięć. Te elementy „Wiedźmina” w pełni oddają więc ducha mrocznej powieści fantasy. Maszkary momentami wyglądały tak upiornie, że można było się naprawdę wystraszyć, a jednocześnie należy podziwiać dbałość o każdy szczegół w ich. Genialne efekty specjalne, które sprawiają, że każde szkaradne paskudztwo wprost ożywa na ekranie z nadludzką siłą. Największą uwagę poświęcono strzydze – według mnie to najbardziej realistyczna kreacja ze wszystkich poczwar.

W obrazie pojawiają się również zagadnienia polityczne, ale na szczęście nie jest ich za dużo, więc nie przysłaniają one wątków głównych. Ogólnie dzieje się dużo. Fabuła czasem traci na prędkości, a wątki zmieniają się oraz mieszają w takim tempie, że można stracić głowę. Jednego jest za dużo, inne zupełnie niepotrzebne, na przykład wątek smoka – symbol literatury fantasy, który w żaden sposób nie wzbogaca opowieści, a wręcz irytuje. Cóż… mnie on nie przekonał. Mimo że oddaje ducha fantasy, tutaj nie pasuje do całości serialu.

Obok Geralta, ważną rolę odgrywają dwie postaci kobiece – Yennefer (ogrywana przez piękną Anyę Chalotrę) oraz księżniczka Ciri (w tę postać wcieliła się Freya Allan).

Ta pierwsza – Yen – zostaje sprzedana za dość małą sumę czarodziejce, która stara się wyszkolić ją na czarodziejkę z początkowo marnym skutkiem. Dziewczyna ma ogromną depresję oraz dość mocno zdeformowane ciało, co nie pozwala jej na normalne życie wśród społeczności. Ostatecznie, jednak zaczyna pilniej przykładać się do nauki magii i przechodzi przemianę, stając się piękną kobietą. Tyle że owa metamorfoza pozostawia wiele do życzenia, bo jak można po takim „zabiegu” przypominającym wyszukane tortury w krótkim czasie stać się piękną kobietą i pokazać się w następnej scenie. Według mnie jest to mocno naciągany moment, który powinien być pokazany nieco inaczej. Nie mniej jednak ta postać ma w sobie ogromny potencjał i nie można się z nią nudzić. Pokazuje kobiecą walkę o niezależność i obronę własnych poglądów. Jest to bardzo dobrze poprowadzona historia kobieca.


Ciri natomiast zostaje skazana na ucieczkę i tułaczy tryb życia po tym, jak Nilfigarczycy spustoszyli jej ziemię. Jako osoba zbyt młoda na to, by zrozumieć, kim naprawdę jest oraz jakie ma moce. Dlatego też często w samotności walczy z tymi, którzy chcą jej zguby. Mimo jej dość ciekawej urody oraz wewnętrznej charyzmy, mnie osobiście czegoś w niej brakowało. Według mnie była za cicha, za skromna i za mało wyrazista – za łatwo pogodziła się ze swoim losem. Widać reżyser miał taką wizję postaci. Muszę to koniecznie skonfrontować z prozą.

Dość ciekawą postacią jest również Jaskier – towarzysz Geralta i śpiewak, w którego wciela się Joey Batey. Co chwilę wpędza się w jakieś kłopoty i Geralt musi wyciągać go z tarapatów. Według mnie to dość sympatyczna postać, choć momentami zbyt gadatliwa czy nawet arogancka, a czasem komiczna, irytująca, ale chyba taką ma rolę. Utwory w jego wykonaniu są ładne, ale nie zapadają w pamięci widza, jak to miało miejsce w przypadku muzyki ilustrującej poszczególne wydarzenia. Podobała mi się niezwykle.

Nie można nie wspomnieć o samym Geralcie z Rivii odgrywanego przez Henry’ego Cavila. Mnie ta kreacja aktorska bardzo się podobała i to nie tylko ze względu na doskonałą charakteryzację. Podczas oglądania widać, że Cavil pasuje do tej roli fizycznie i emocjonalnie. Mimika twarzy oraz postawa doskonale oddaje mrukowatość oraz oszczędność w emocjach czy słowach Wiedźmina ogarniętego rozczarowaniem do świata i ludzi, którymi się otacza. Doskonale oddano jego sytuację jako postaci wiecznie goniącej za przeznaczeniem, w które w zasadzie nie wierzy. Na uwagę oraz pochwałę zasługuje fakt, że aktor podczas nawet najtrudniejszych scen batalistycznych nie korzystał z dublera. Podszedł do pracy profesjonalnie i to było widać na ekranie.

Ogólnie uważam ten sezon „Wiedźmina” za udany i z niecierpliwością będę oczekiwać na kolejny.

1 komentarz: