Najnowsze

Agnieszka Mrozińska: Tak naprawdę w życiu każdy jest aktorem

Agnieszka Mrozińska – aktorka serialowa i dubbingowa. 11 lat pracowała w Teatrze Muzycznym Roma. Mówi o sobie, że jest aktorką tańczącą oraz śpiewającą. Jej głos można było usłyszeć m.in. w serialu dla dzieci i młodzieży „Violetta”. Ostatnio miało miejsce przykre wydarzenie - ktoś ukradł profil aktorki na Instagramie. Jednak z pomocą przyszły artystce oddane przyjaciółki. Portalowi Kulturalne Rozmowy opowiada o tej właśnie sytuacji, o swoich początkach, przyjaźni, ale też o Duecie Babki, który współtworzy z Kamilą Kamińską. Zresztą sami się przekonacie, o czym jeszcze rozmawiamy. 

fot. Piotr Suzin
Agnieszka Mrozińska – aktorka filmowa, dubbingowa, teatralna, producentka filmowa, wokalistka i tancerka. To przeczytamy w Twojej biografii. Można powiedzieć: kobieta-orkiestra. Czy któraś z tych umiejętności cieszy Cię bardziej i dlaczego? 

Agnieszka Mrozińska: Najbardziej związana jestem z aktorstwem, chociażby dlatego, że kończyłam studia w tym kierunku, gdzie uzyskałam tytuł magistra sztuki na wydziale dramatycznym. W tym obszarze najczęściej funkcjonuje, ale przez 11 lat pracowałam jak aktorka tańcząca i śpiewająca w Tatrze Muzycznym Roma. 
Poza tym współpracuję przy serialach czy z innymi teatrami. Najbardziej jestem z związana z Teatrem Pozytywnym, gdzie gram jedną z głównych ról, czyli Connie Lavelle w spektaklu „Zamiana”, co daje mi jako aktorce spore możliwości. 
Oprócz tego szykuję się do premiery „Nocnego tramwaju warszawskiego”. Odgrywam jedną z dwóch głównych ról. Jest to przedstawienie muzyczne dla dzieci, wobec tego trochę sobie pośpiewam. 
Muszę wspomnieć również o spektaklu „Miłosna pułapka”, gdzie także wcielam się w jedną z kluczowych postaci – Joannę Galewicz. 
Taniec, śpiew i aktorstwo to są moje największe pasje i ciężko byłoby mi powiedzieć, która z nich jest najważniejsza. Aktorką chciałam być zawsze, ale kocham też tańczyć i śpiewać. Traktuję więc te umiejętności na równi.

Od czego zaczęła się Twoja przygoda z tańcem? Który z rodzajów tańca najbardziej Cię pasjonował? 

Zaczęłam od tańca nowoczesnego, ale bardzo podoba mi się też taniec współczesny, jazzowy. Najwięcej go miałam w Teatrze Muzycznym Roma. W swoim życiu tańczyłam też hip hop, uczęszczałam na warsztaty break dance. Przez pół roku miałam okazję poznawać podstawy tańca towarzyskiego. W związku z tym udało mi się zaznajomić z bardzo różnymi stylami. Najlepiej jednak czuję się w jazzie. Jak prowadziłam wraz z Almaturem warsztaty musicalowe dla dzieci i młodzieży razem z Kamilą Kamińską, to najwięcej na nich było właśnie tańca jazzowego. 

Gdybyś miała sama napisać o sobie krótkie bio, co by się w nim znalazło? 

To jedno z najtrudniejszych pytań, ponieważ nigdy nie potrafiłam ułożyć sobie biogramu jak należy, szczególnie krótkiego. Nie wiem, czy byłabym w stanie napisać go w paru zdaniach. Nie czuję się w tym dobra. 
Na pewno znalazłaby się w nim informacja, że jestem aktorką, producentką filmową i telewizyjną – skończyłam studia podyplomowe w tym kierunku. Jestem też wokalistką i tancerką, ale aby nie obrażać żadnej wokalistki i tancerki, muszę dodać, że nie skończyłam szkoły muzycznej. Nie mam też dyplomu szkoły baletowej. Zawsze podkreślam, że w tych dziedzinach mogłabym się jeszcze wiele nauczyć, więc przede wszystkim jestem aktorką. 
Jeśli chodzi o działalność producentką, to również na tym polu nie działam jakoś szczególnie. Wyprodukowałam zaledwie dwie rzeczy – mini kampanię i teledysk, więc jest to bardzo niewiele. 
Od 13 lat dużo dubbinguje. Bardzo kocham tę pracę. W tym kontekście najmilej wspominam serial „Violetta”, gdzie wcielałam się w tytułową postać. Potem jeszcze były „My Little Ponny” jako Rainbow Dash, „Sekretne życie zwierzaków domowych” i „Hotel Transylwania”. 
Co ciekawe, zagrałam tytułową rolę w wersji kinowej „Pinokia”. Bardzo często dubbinguję małych chłopców. 
Zaznaczyłabym, że pochodzę z Zawiercia, ponieważ tak naprawdę cała przygoda zaczęła się w tym małym mieście już w przedszkolu. 

A jakie osiągnięcia zawodowe masz na swoim koncie? 

Najważniejszym z nich jest Teatr Muzyczny Roma, gdzie spełniałam się jako aktorka przez 11 lat. Zaczęłam w nim pracę jeszcze w liceum. Tam też bardzo dużo się nauczyłam. 
Jeśli chodzi o seriale, to warto wspomnieć o „Barwach szczęścia”. W 2017 roku dołączyłam do stałej obsady serialu jako Mariola Kłos. 
Od pięciu lat gram też w „Na dobre i na złe”. Co prawda postać, w którą się wcielam, czyli pielęgniarka Anna pojawia się raz na jakiś czas, jednak bardzo dobrze wspominam ten serial, gdyż jest to pierwsza produkcja, w której tak naprawdę występuję ciągle. 
Kiedy pracowałam w Romie praktycznie nie udzielałam się w produkcjach telewizyjnych czy filmowych, ponieważ nie miałam takiej możliwości. Nie było to takie proste, gdyż w teatrze graliśmy codziennie poza poniedziałkami. Jednak czasem zdarzały się sytuacje, kiedy musiałam wziąć zastępstwo za aktorkę, która nagle zachorowała. Dlatego nagrałam jedynie kilka reklam i role epizodyczne w serialach. Nie chciałam ryzykować, ponieważ praca w teatrze była dla mnie bardzo ważna. Wolałam nie nagrać reklamy niż zrezygnować z teatru. 
Wzięłam również udział w serialu pt. „Chyłka”, gdzie wcieliłam się w rolę Kamili Macias, co zabawne również pielęgniarki (śmiech). Jest to jedna z moich ulubionych produkcji. 
Kiedyś się śmiałam, że chyba powinnam zmienić profesję, ponieważ podobną rolę, czyli pielęgniarki zagrałam oprócz w „Na dobre i na złe”, również właśnie w „Chyłce”, „Belfrze” i w „Archiwiście”. 
Nie mogę nie wspomnieć również serialu „Łowcy cieni”. Trwał tylko jeden sezon liczący 39 odcinków. Dostałam w nim jedną z pięciu głównych ról, Marii Cybulskiej. To była dla mnie niesamowita przygoda! Serial emitowano go na kanale Nowa TV, w związku z tym wielu widzów może go nie znać, ale wiem od produkcji, że pobiliśmy dwukrotnie rekord stacji jeśli chodzi o oglądalność. W serialu wcieliłam się w agentkę CBŚP. Było to bardzo ciekawe wyzwanie, ale też niesamowicie ciężka praca ze względu na ogromne tempo pracy.

fot. Magdalena Baczyńska
Jaką jesteś mamą? 

Spełnioną, ponieważ jest to dla mnie najważniejsza rola. Jestem bardzo kochającą mamą 8-letniej córeczki. Jestem też narzeczoną, a w dobie obecnej kwarantanny narodowej również kuchareczką (śmiech). Bardzo mi się to podoba, ponieważ lubię poświęcać czas rodzinie i bliskim. Na co dzień jestem pogodna i szalona. Mam milion pomysłów. Uwielbiam się bawić z moją córką. 
Pewnie nie każdy to pochwali, ale muszę powiedzieć, że moja córka ma swojego TikToka, o którym marzyła, więc jej założyłam na 7. urodziny. Ma do niego dostęp jedynie pod moim nadzorem, a publikuje filmiki tylko za moja zgodą. Zrobiłam to tylko dlatego, że ta aplikacja jest ogromnie kreatywna. Córka czerpie z tego niesamowitą zabawę i edukację jednocześnie. 
Ma zdolności aktorskie, więc dużo razem tańczymy, śpiewamy i wygłupiamy się. Uczy się też dubbingu, ponieważ użytkownicy aplikacji publikują różne filmiki, do których można robić postsynchrony. 
Teraz w dobie pandemii dzieciom ciężko jest siedzieć w domu i nie widzieć się z rówieśnikami, więc założyłam córce również Messengera, aby mogła kontaktować się, widzieć i rozmawiać się ze swoimi koleżankami. 

Kim prywatnie jest Agnieszka Mrozińska? 

Jestem osobą pozytywnie zakręconą. Mam spore grono przyjaciółek, z którymi się spotykam. Nawet z przyjaciółką ze Stanów, mimo że nie widzimy się ze względu na odległość, dużo rozmawiamy przez telefon. 
Zawsze staram się być sobą i mówię to, co myślę. Nie wiem, czy to wszystkim się podoba, ale osobiście nie lubię nieszczerości. Cenię sobie też punktualność. Nauczyłam się tego w szkole i podczas pracy w teatrze. Szanuję czas obu stron. 

Co trzeba zrobić, aby rozpocząć pracę jako aktor dubbingowy? Jak to zaczęło się u Ciebie? 

Dubbing to jest przede wszystkim głos, głównie chodzi w nim o barwę i o zdolności aktorskie. Osobom, które chcą rozpocząć pracę w tej branży poradziłabym, aby udały się na warsztaty dubbingowe, gdzie nauczą się podstaw. Mogę polecić specjalistkę w tej dziedzinie Joasię Węgrzynowską-Cybińską – aktorkę i reżyserką. To przemiła i bardzo profesjonalna osoba. Po takich warsztatach jest nagrywane demo dubbingowe. 
Natomiast jeśli ktoś chciałby dubbingować, warto odwiedzić studia dubbingowe i umówić się na „zgranie do bazy głosów”. 
W moim przypadku dubbing przyszedł mi bardzo naturalnie. Zaproszono mnie bezpośrednio na casting, więc nie uczęszczałam na żadne warsztaty. Dzięki temu, że wygrałam przesłuchanie i dostałam jedną z głównych ról w wieloodcinkowym serialu, zostałam dostrzeżona również przez innych twórców dubbingu. Potem nagrywałam chórki w jednej produkcji. Najważniejszy dla mnie był jednak film „Camp Rock 2”, gdzie użyczyłam głosu Mitchie Torres. Po tej produkcji na poważnie zaczęłam dubbingować i trwa to do tej pory. 

Jak wyglądają przygotowania do ról dubbingowanych? 

W pracy aktora dubbingowego po prostu idziesz do studia i nagrywasz. Nie ma przygotowań. Nie wiem, co będę grała, ponieważ nie dostaję scenariusza do przeczytania w domu. Wszystko jest zabezpieczone w studiu. Nie można niczego rozsyłać. Wszystko rejestruje się na miejscu. Nie mogłabym sobie też zrobić InstaStory w trakcie pracy, gdyż obowiązuje mnie tajemnica zawodowa. 

Która z odgrywanych postaci, której głosu użyczyłaś jest Ci najbliższa? A z którą miałaś największy problem? 

Nie miałam nigdy większego problemu z odegraniem żadnej z postaci. Nie przepadam za bardzo za krzykliwymi bohaterami, ponieważ wysokie tonacje eksploatują głos. Mam jednak na to swoje sposoby. Najlepiej dubbinguje mi się ludzi. Wtedy mówi się swoim głosem, co jest najłatwiejsze i najbardziej naturalne. 
Jeśli już miałabym wymienić naprawdę trudną postać do zagrania, to była to Kai-Lan z polsko-chińskiej bajki „Ni Hao Kai-Lan”. Mówiłam więc trochę po chińsku. Najbardziej kłopotliwe były pierwsze dwa odcinki, ponieważ aktorom rozrysowano intonację danego wyrazu. W języku chińskim jedno słowo ma wiele znaczeń, które zależą właśnie od intonacji. Podczas nagrań obecna była konsultantka z Chin. To ona pomagała mi wypowiadać poszczególne kwestie. Najtrudniejsze było jednak wplecenie niektórych chińskich słów w zdania po polsku. Głownie chodziło o melodię języka. Czasem ta mieszanka lingwistyczna brzmiała dosłownie jak „po chińsku” (śmiech). Mimo tych trudności przyjemnie mi się grało. 

Media nazywają Cię gwiazdą polskiego dubbingu. Lubisz słyszeć o sobie takie słowa? Jaki masz stosunek do bycia gwiazdą? 

Bardzo nie lubię słowa „gwiazda”. Wiem, że niektórzy właśnie tak mówią i chcą na pewno dobrze. Wtedy zwyczajnie mówię, że nie jestem gwiazdą. Nie jest też moją intencją nikogo obrazić, ponieważ czasem ktoś chce napisać o mnie ładnie, aby mnie wyróżnić. Nigdy jednak nie uważałam siebie za gwiazdę. Jestem Agnieszką Mrozińską, ewentualnie Mrozią. Kiedyś przeczytałam o sobie „królowa polskiego dubbingu”, co jest bardzo miłe, ponieważ mamy tylu wspaniałych i utalentowanych aktorów, więc tym bardziej jestem wdzięczna, że ktoś mnie docenił podobnymi słowami w takim gronie. 

fot. Paweł Derkacz
Które z produkcji serialowych czy kinowych podobały się Twojej córce? Z pewnością mamusię ogląda? (śmiech) 

Ciężko stwierdzić, ponieważ moja córka różne rzeczy ogląda. Mamusię oczywiście też (śmiech) i często mi mówi: „o, mamo grasz tutaj”, o czym czasem sama zapominam, szczególnie kiedy gram jakieś mniejsze role w jednym odcinku. Potem nie wiem nawet, jak się nazywa moja postać czy jaki to był serial, ale moja córka mnie rozpoznaje. 
Jej podobało się bardzo „Życie zwierzaków domowych”, „Hotel Transylwania” czy „Kucyki Ponny”. 

Czy lubisz słuchać swojego głosu czy oglądać siebie na ekranie? Jaki masz do tego stosunek? 

Nie lubię siebie słuchać ani oglądać. Na premiery kinowe chodzę ze względu na córkę. Oczywiście oglądam zrealizowany materiał, żeby wiedzieć jak wykonałam swoją pracę oraz aby zorientować się, nad czym muszę jeszcze popracować. Natomiast podczas oglądania kreskówek, trudno mi się skupić, ponieważ dubbingowaną przeze mnie postać wizualizuję sobie ze swoją własną głową (śmiech). Uwielbiam natomiast rozpoznawać głosy swoich znajomych i podziwiać ich warsztat. 

Czy widzisz różnicę między tym, czym interesują się współczesne dzieci czy nastolatkowie, a tym czym zachwycała się mała lub nastoletnia Agnieszka? Co Ty w tym czasie oglądałaś? 

Kiedy dorastałam nie było takiego dostępu do telewizji jaki mamy obecnie, dlatego dużo mniej oglądałam. Długo też nie miałam założonego Internetu – chyba dopiero w gimnazjum. Teraz łatwiej znaleźć wiele rzeczy w sieci. Jest mnóstwo kanałów, gdzie emituje się fajne programy czy seriale. Staram się jednak, aby córka nie siedziała zbyt długo przed komputerem czy przed telewizorem. Kontroluję, co ogląda, ponieważ różne rzeczy trafiają do sieci i wiele z nich nie jest dla dzieci. 
Często podpowiadam jej też, co może obejrzeć, np. jakieś moje bajki z dzieciństwa „Król lew” czy „Królewna Śnieżka”. 
Teraz różne produkcje telewizyjne są na topie i dzieci je oglądają. Nie zawsze trafiają w mój gust, ale szanuję zdanie swojego dziecka i pozwalam jej dokonywać wyboru – oczywiście pod moją kontrolą. 
Gdy byłam mała priorytety były jednak inne. Dorastałam jako dziecko typowo podwórkowe. Zupełnie inaczej spędzałam czas niż teraz robią to na przykład rówieśnicy mojej córki. Obecnie też jest większy strach, żeby gdzieś wypuścić najmłodszych, aby bawiły się na podwórku. Moja Nadia ma już 8 lat. Dziewczynki w jej wieku same wychodzą z domów, a ja wciąż odczuwam stres mimo, że mieszkamy na zamkniętym osiedlu. Z czasem się to jednak zapewne zmieni. 
Ja natomiast jestem dzieckiem dobranocki wychowanym na „Muminkach”, „Gumisiach”. Oglądałam „Kubusia Puchatka”, „Bolka i Lolka”. W czasach mojego dzieciństwa nie było aż tak wiele bajek, więc czas dobranocki się doceniało. Czekało się na nią i to było piękne. Teraz bajkę można obejrzeć w każdej chwili. My jednak zrezygnowaliśmy z kanałów telewizyjnych dla dzieci, więc mamy tylko TVP ABC. Najczęściej jednak włączamy coś na Netflixie, ale nie ma takiej możliwości, aby córka cały czas oglądała telewizję. 

Kim byli Twoi idole z dziecięcych i młodzieńczych lat? 

Jeśli chodzi o muzyczną stronę, to uwielbiałam Spice Girls czy Backstreet Boys. Bardzo lubiłam Kubę Molendę. Muszę przyznać, że to była z nim związana niesamowita historia. Razem z moją kuzynką miałyśmy w pokoju plakaty L.O. 27. Później w Warszawie mieszkałam z Malwiną Kusior, która go znała. To nieprawdopodobne! Czasem mówiłam sobie „Boże, jaki ten świat jest mały!” Kiedyś się tych ludzi widziało tylko w telewizji. Byli moim idolami, a teraz z nimi pracuję. Niesamowite uczucie! 
Pamiętam też, że niezwykle ceniłam sobie Agnieszkę Kotulankę. Wpisywałam ją do swojego pamiętnika, do złotych myśli w rubryce „ulubiona aktorka”. 
Bardzo lubiłam Bartka Obuchowicza, którego potem poznałam podczas pracy przy dubbingu. Teraz gramy w jednym spektaklu. 

Jak teraz, gdy sama osiągnęłaś tak wiele i też jesteś „Panią z telewizji”, postrzegają Cię ludzie? 

Obecnie ludzie patrzą się na to inaczej, zwłaszcza ci mieszkających w mniejszych miastach, którzy nie mają do czynienia z ludźmi z telewizji czy z aktorami. Dla nich fakt, że ktoś jest aktorem oznacza, że taki człowiek jest zupełnie inne niż jest w rzeczywistości. Często mi mówią, że np. jestem taka normalna, że się nie zmieniłam mimo bycia aktorką. Wtedy pytam: „a jaka mam być?” (śmiech). Ktoś pracuje w sklepie, ja pracuję w telewizji. Zawód jak każdy. To jest moja praca i nie widzę powodu, aby się zmieniać. 

fot. Piotr Wichura
Jakie wyglądały czasy szkolne, kiedy musiałaś pogodzić swoje pasje z nauką? 

Mam to szczęście, że ta praca jest moją pasją, która sprawia mi ogromną przyjemność. Dziękuję Bogu, że mogę robić to, co kocham. Od dziecka wiedziałam, kim chcę być. Nie było to łatwe, ponieważ mój tata bardzo pilnował, abym się dobrze uczyła, inaczej nie poszłabym na zajęcia taneczne. Siedziałam więc i się uczyłam, aby potem pójść potańczyć. Pilnowałam, żeby mieć dobre oceny. Byłam konsekwentna mimo trudności, gdyż w szkole się denerwowano, że jadę na kolejny turniej taneczny. Wszystko zawsze wcześniej zdawałam. Dobrze się uczyłam, więc nie mogli nic powiedzieć (śmiech). Osiągałam sukcesy. Wygrywałam konkursy z recytacji. Na turniejach tanecznych też zajmowałam miejsca na podium. Zaliczałam kolejne etapy konkursów wokalnych. To dla szkoły był duży atut. 
Zawsze też uprawiałam sport, więc szkoła wybierała mnie jako reprezentantkę w biegach i pływaniu. Robiłam w życiu wiele rzeczy, ale zawsze chciałam być aktorką i teraz się cieszę, że mogę spełnić swoje marzenie. Mimo że praca jest przyjemna, ale nie zawsze łatwa.
 
No właśnie, a co w aktorstwie sprawia Ci największą radość? Czego nie lubisz? 

Nie wiem, czy w aktorstwie jest coś, czego nie lubię. Fajne jest natomiast to, że mogę wcielać się w postaci, które prywatnie nie mają ze mną nic wspólnego. Wyżywam się emocjonalnie. Przenoszę się na jakiś czas w inną rzeczywistość. 

W pracy jesteś nałogową perfekcjonistką czy jednak bardziej cenisz u siebie progres? 

Cenię sobie progres, ponieważ z każdą kolejną produkcją się rozwijam, zdobywam inne doświadczenie. Tak naprawdę aktorstwa człowiek uczy się całe życie. Jestem też perfekcjonistką. Staram się zawsze być maksymalnie przygotowana i realizować wszystko, o co poprosi reżyser. Przy pracy nad serialem aktor musi być powtarzalny jeśli chodzi o emocje, ponieważ potem podczas montażu praca jest dużo sprawniejsza. 
Generalnie każdy dzień zdjęciowy jest dla mnie inny. Gram często z różnymi osobami, co też jest pasjonujące. Bardzo ważne jest, żeby partner też był prawdziwy i nawiązały się między nami dobre relacje. Dużo łatwiej się wtedy gra. 

Oprócz aktorstwa zajmujesz się również projektowaniem biżuterii. Możesz się pochwalić autorską kolekcją. Opowiedz o niej trochę więcej. 

Tak, kolekcja nazywa się Lulu Bijoux by Agnieszka Mrozińska. To dość ciekawa historia, ponieważ od dziecka lubiłam robić bransoletki. Często znajdowałam u mamy jakieś rozsypane koraliczki albo udało mi się kupić drewniane czy plastikowe elementy, z których robiłam biżuterię. Potem sprzedawałam je po 5 zł (śmiech). Bardzo się to podobało mojej mamie i babci. 
Znalazłam kiedyś sklep z kamieniami, więc postanowiłam kupić kilka sznurów. 7 sznurów kamieni wystarczy na 14 bransoletek. Jednej soboty późnym popołudniem wykonałam kilka sztuk, potem zrobiłam zdjęcia i opublikowałam na Facebooku. Chciałam się zorientować, jaki będzie odzew. Zastanawiałam się, jak ludzie ocenią i czy im się to spodoba. Okazało się, że do niedzieli sprzedałam wszystkie. Stwierdziłam wtedy, że zakładam firmę i tworzę swoją markę biżuterii. Tak naprawdę projektowanie to moja pasja, więc jak mam wenę oraz czas, to siadam i robię nowe bransoletki. Bardzo mnie cieszy, kiedy inni kupują. 
Mam też stałą klientkę, która kupuje ode mnie towar od samego początku w dużych ilościach. Ma więc już ich bardzo dużo, więc zawsze nim wstawię na Instagrama, podsyłam jej, aby sobie coś wybrała. Kolekcja nie jest masówką. Staram się robić pojedyncze egzemplarze, czasem maksymalnie dwie lub trzy sztuki. Chcę, aby wzory były niepowtarzalne, chyba że ktoś zażyczy sobie jakiś model ze zdjęcia, to wtedy dopasuję się do oczekiwań, co nie zawsze jest możliwe ze względu na brak odpowiednich kamieni. Stałe klientki mają u mnie rabaty specjalne, ponieważ sam fakt, że kupują sprawia mi większą przyjemność niż zarobek. 
Przy okazji tej marki spełniło się moje marzenie, ponieważ zawsze chciałam móc mieć stoisko w galerii handlowej. Moją markę można więc spotkać w Galerii Mokotów. Nie jest to jednak typowy sklep, gdyż nie miałabym czasu, aby go prowadzić. Pojedyncze sztuki trafiają też do Warsaw Concept Store. Jest to centrum handlowe z różnymi produktami polskich marek. Niebawem otworzą też kolejne stoisko na Powiślu, gdzie również trafią moje bransoletki. 

fot. Artur Zawadzki
Oprócz typowo artystycznej aktywności, działasz także charytatywnie. 

Tak. Biorę udział w wielu akcjach, więc nie jestem w stanie ich wszystkich wymienić. Te, w których uczestniczyłam wielokrotnie to np. „Bieg po nowe życie” – akcja wspierająca polską transplantologię. Robiłam też kiedyś kampanię społeczną „Zgoda na życie”. 
Wspieam przeróżne inicjatywy – ludzi i zwierzęta. Jeżeli mogę, to każdego. Uwielbiam pomagać i zawsze robię to bezinteresownie. Chcę to robić i jeżeli mam możliwość, aby nagłośnić jakąś zbiórkę – działam. 
W mediach społecznościowych zdobyłam sporo fanów i obserwatorów, dzięki temu mogę dotrzeć do większej ilości osób, więc to wykorzystuję. Udostępniam zbiórki, wpłacam pieniądze. Pragnę pomóc każdemu choćby minimalnie, ale staram się to również robić w większym stopniu. 
Moja córka uczęszcza do klasy z Filipkiem – uroczym chłopcem. Pewnego dnia szliśmy razem do szkoły i podczas rozmowy z mamą dziecka dowiedziałam się, że był chory na białaczkę. Leżał w szpitalu, wyzdrowiał, lecz nastąpił nawrót choroby. Obecnie jest dobrze, ale nie wiem, czy zrobili już wszystkie badania przez epidemię. Postanowiłam go wtedy wesprzeć, mimo że chłopczyk od początku znajduje się pod stałą opieką fundacji. Zorganizowałam dla niego zrzutkę. Pozyskałam różne marki, które sprzedawały swoje produkty na rzecz Filipka. 
Mój narzeczony również uruchomił dwie duże akcje charytatywne, podczas których zdobył sprzęt dla domu dziecka o wartości 100 tys. zł. 
Wspólnie też zmobilizowaliśmy akcję na rzecz Zuzi Krzak chorej na raka, która była o rok starsza od mojej córki. Czuła się bardzo dobrze, ale metody leczenia zostały zmienione i niestety dziewczynka zmarła. To było dla mnie straszne przeżycie. Przez 2 lata zebraliśmy dla niej ponad 100 tys. zł. 
Od lat wspieram też Fundację „Z sercem”, dla której zbierane są różne ubrania i inne rzeczy kierowane potem do ubogich rodzin czy do samotnych matek. Od dawna wysyłam im takie paczki. Jeśli więc ktoś ma jakieś niepotrzebne rzeczy, to można się skontaktować z fundacją, wtedy przyjeżdża samochód, który te rzeczy zabiera spod domu. 

Przejdźmy teraz do spraw bieżących. Ostatnio miałaś sporo stresów związanych z sytuacją shakowania Twojego oficjalnego konta na Instagramie. Ostatecznie jednak udało się rozwiązać sytuację i odzyskałaś kontrolę nad profilem. Czy możesz opowiedzieć, jak do tego doszło? 

Faktycznie tak się stało. Długo nie zapomnę tego dnia. Przyszła do mnie wiadomość na skrzynkę e-mail, że ktoś zalogował się na profil Instagrama oraz zmienił mi adres e-mail, a potem hasło. Po przeczytaniu tej informacji sprawdziłam i faktycznie się okazało, że profil już nie istnieje. Przeżyłam szok. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Uważam, że to jest straszne, aby wkradać się na czyjeś prywatne konto. Zachowałam tam mnóstwo wspomnień. Budowałam ten profil wiele lat. Była tam cała moja praca – zdjęcia, filmiki. 
Dla mnie Instagram to przede wszystkim zbór pamiątek. Podpisy pod zdjęciami i emocje związane z różnymi wydarzeniami. 
Co prawda nie miałam nic do ukrycia, ponieważ były tam tylko rozmowy z prywatnymi osobami, ale też z markami. Nie znajdowało się tam nic, czego ujawnienie spowodowałoby tragedię. 
Wiadomo też, że Instagram w obecnych czasach to też jest w pewnym sensie miejsce pracy. Tym bardziej w dobie kwarantanny. Mogłam dzięki niemu liczyć na jakiś kontrakt reklamowy, co jest teraz bardzo ważne, a bez tego profilu nie miałabym takiej możliwości. 
Wielu moich znajomych nawet nie wiedziało przez te pięć dni, że konto faktycznie zniknęło. Musiałabym dużo czasu spędzić na powiadamianiu ich o powstaniu nowego profilu. Na szczęście ostatecznie nie było to konieczne. 

W całej tej sytuacji pomógł Ci sztab ludzi, czyli Twoje koleżanki ze świata show biznesu. Czyli można powiedzieć, że w tym trudnym świecie, biznesie istnieje szansa na przyjaźń? 

Na pewno świat show biznesu nie jest łatwy i jest różnie, ale obalam mit, że tutaj nie ma miejsca na przyjaźń. Tak naprawdę to jest kwestia drugiego człowieka i tego, z kim utrzymujemy kontakt. Prawdziwe przyjaźnie bez względu na wszystko zostają. 
Basia Kurdej-Szatan jest moją przyjaciółką od lat. Poznałyśmy się w Teatrze Muzycznym Roma. Dzieliłyśmy razem garderobę, więc flow złapałyśmy bardzo szybko. Nasze córki też się przyjaźnią. Basia na tę sytuację zareagowała w błyskawicznym tempie. 
Tak samo Asia Koroniewska kazała mi zakładać jak najszybciej nowe konto. Moje stare, czyli shakowane konto usunęła z grupy @instanocki. Poinformowała wszystkich, że profil został skradziony. Podała mój numer telefonu, więc ludzie pisali do mnie SMS-y, wpierali mnie. 
To było nieprawdopodobnie budujące i poczułam, że mam faktycznie przyjaciół, którzy pomagali mi odbudować nowe konto zupełnie bezinteresownie. W tym wszystkim najważniejsze było, aby poinformować najbliższych oraz fanów, że mam już inny profil. Oczywiście, mogłam opublikować tę informację na Facebooku, ale wielu moich znajomych czy rodzina już korzysta z niego tylko prywatnie. Basia więc wstawiła na swojej tablicy info i w ciągu chwili był odzew. Kontaktowały się ze mną media i różne portale. Chcieli ostrzec ludzi, aby zabezpieczali swoje profile. Dzwoniła Plejada, aby potwierdzić, czy to faktycznie jest prawda. Chcieli, abym się wypowiedziała na ten temat. 

Czego Cię nauczyła ta sytuacja? 

Dowiedziałam się, że teraz prawdopodobnie hakerzy potrafią zadzwonić na twój telefon. Ty odbierasz, a w tym czasie oni wkradają się na wszystkie zalogowane konta i kradną hasła. Nie wiem, czy jest to fake news czy faktycznie może się tak stać, ale jeśli już zdarzy się taka sytuacja, wtedy należy się rozłączyć jak najszybciej oraz wyłączyć telefon przynajmniej na 5 minut. 
Od tej pory będę ostrzegała wszystkich znajomych czy nieznajomych, aby jak najskuteczniej zabezpieczali swoje konto. To naprawdę przykra sytuacja. Czujesz się tak, jakby ktoś wkradł się do Twojego domu i zabrał album ze zdjęciami. 
Swego czasu też usunęłam niektóre filmiki i zdjęcia z telefonu, aby odzyskać pamięć, ponieważ pomyślałam sobie, że w razie czego mam video w archiwum relacji czy właśnie zdjęcia na profilu. Nagle okazało się, że to wszystko zniknęło. 
Teraz jednak uważam, że nic nie dzieje się bez powodu. Widocznie miało mi to pokazać, że mam wokół siebie mnóstwo bardzo życzliwych i bliskich mi osób, które zawsze mnie wspierają. To było po prostu piękne. Będę im bardzo wdzięczna zawsze. Dobro wróciło – ja pomagam innym, a ktoś teraz pomógł mi. 

Chciałabym jeszcze na moment wrócić do Twojej artystycznej aktywności. Z jedną z przyjaciółek, Kamilą Kamińską stworzyłyście kilka lat temu „Duet Babki”. Jak doszło do powstania tego projektu i dlaczego taka nazwa? 

Kiedyś jeździłyśmy na obozy młodzieżowe i prowadziłyśmy warsztaty, ale oprócz tego, że byłyśmy instruktorkami, pełniłyśmy również role wychowawców. Dla nas to było ciekawe doświadczenie, ponieważ poznawałyśmy wtedy naszych podopiecznych. Raz sprawdzałyśmy pokoje podczas ciszy nocnej i w pewnym momencie z jednego z nich usłyszałyśmy szept: „szybko chłopaki, bo babki idą”. Nas to bardzo rozbawiło i wtedy też uświadomiłyśmy sobie, że już jesteśmy babkami i że już nie jesteśmy takie młode (śmiech). 

fot. Magdalena Baczyńska
Jakimi jesteście osobami jako prowadzące? 

Właśnie takimi luźnymi babkami. Wiadomo, że pełnimy funkcję instruktorek i uczymy, ale jednocześnie jesteśmy szalone. Ja jestem wariatką w pozytywnym sensie oczywiście z mnóstwem energii. Jestem szybka i myślę też bardzo intensywnie, ale przy dużym stresie Kama mnie spowalnia. Uzupełniamy się. Ona jest moją wspaniałą przyjaciółką od lat. Tak właśnie się narodził Duet Babki. 

Skąd przyjeżdżają do Was kursanci? W jakim są wieku? 

Mamy swoich stałych uczniów, którzy przyjeżdżają do nas z całej Polski. Dotychczas organizowałyśmy te warsztaty stacjonarnie. Często w tygodniu, więc osoby z innych części kraju nie mogły dojechać. Obecna sytuacja sprawiła, że zaczniemy organizować je też online i być może więcej osób weźmie w nich udział. Te warsztaty są dla osób od 12. roku życia wzwyż. Mamy dużą rozpiętość wiekową, co jest niezwykle ciekawe, ponieważ w niektórych etiudach dzieci grają dorosłych i na odwrót. Te młode osoby są bardzo otwarte, więc odblokowują starszych uczestników. 

Dla kogo są te zajęcia i czego uczą? 

Są to zajęcia dla tych, którzy w przyszłości chcieliby zostać aktorami, ale też dla tych, których pasjonuje ten zawód, jednak jest to dla nich jedynie hobby, ponieważ na co dzień zajmują się zupełnie czymś innym. Warsztaty organizujemy dla wszystkich. One bardzo otwierają ludzi. Uczą improwizacji. Uważam, że tak naprawdę w życiu każdy jest aktorem. Inaczej rozmawiasz w sytuacji biznesowej, kiedy musisz być skupiony i poważny. Jeszcze inaczej zaś zachowujesz się wśród znajomych czy przyjaciół. 

Gdzie można o Was poczytać? Jak docieracie do uczestników? 

Strona projektu dopiero powstaje. Dotychczas organizowałyśmy tylko wydarzenie na Facebooku i informowałyśmy, co będzie na takich warsztatach. 

Na co zwracacie uwagę jako osoby uczące? Czy działacie razem czy jednak każda ma swoje zajęcia? 

My z Kamą stanowimy jedność. Prowadzimy warsztaty razem. Wspólnie pracujemy nad impostacją. Mamy zajęcia ruchowo-plastyczne. Często tworzymy etiudy do muzyki. Ludzie jak słyszą dźwięki, od razu chce im się tańczyć. Świadomie przy takich zajęciach rezygnujemy z tej możliwości. W filmach i serialach tworzy ona klimat, jest tłem do wydarzeń. Wspólnie z uczestnikami zastanawiamy się więc, co by zrobili, słysząc dany utwór. Jakie sceny by odegrali. Rozmawiamy o emocjach. Staramy się nie robić etiud o tańcu ani koncertowych. Na zajęciach uczymy odczuwania różnych emocji, dykcji. Są u nas na przykład osoby, które nie potrafią wydobyć z siebie krzyku czy innych mocnych dźwięków. Wtedy robimy z nimi odpowiednie ćwiczenia, aby to się zmieniło. 

Kiedy ruszycie z warsztatami online? 

Nie wiemy jeszcze. Planujemy inaugurację w sierpniu czy wrześniu. Zobaczymy, czy nam się uda tak szybko. Złożyłyśmy wniosek o dotację. Czekamy na informację, czy dostaniemy dofinansowanie. Jeśli się nie uda, to i tak zaczniemy realizować te warsztaty. Wtedy wiadomo, że będzie trudniej, ale z pewnością je rozpoczniemy. Chciałybyśmy to zrobić jak najszybciej, ponieważ teraz akurat mamy czas. Potem będzie trudniej zsynchronizować swoje kalendarze. 

Życzę więc powodzenia w zorganizowaniu przedsięwzięcia. Dziękuję za rozmowę i za poświęcony mi czas.

Rozmawiała

Brak komentarzy