[rozmowa o książce] Krzysztof P. Łabenda: Ojcostwo nie musi zawsze wynikać z biologii, a zaufanie dziecka jest darem największym

Nie każda powieść sensacyjna opowiada wyłącznie o pościgach, zbrodniach i walce z czasem. Są książki, które pod płaszczem thrillera skrywają pytania o znacznie większym ciężarze – o odpowiedzialność, przemijanie, ojcostwo, moralne granice i cenę, jaką płacimy za własne wybory. Taka właśnie jest “Reaktywacja” Krzysztofa P. Łabendy.


Podczas naszej rozmowy autor odsłania kulisy powstawania powieści, opowiada o bohaterach, którzy nieustannie zmagają się z własnym sumieniem, a także wyjaśnia, dlaczego relacja Adama i Piotrusia stała się emocjonalnym sercem tej historii. Mówi o ojcostwie, które nie zawsze rodzi się z więzów krwi, lecz z odpowiedzialności i zaufania, o cienkiej granicy oddzielającej dobro od zła oraz o Polsce, której obraz przeniknął na karty jego książki.

To dialog nie tylko o literaturze, ale przede wszystkim o człowieku – jego lękach, wartościach i wyborach. Zapraszam do rozmowy z Krzysztofem P. Łabendą, która pokazuje, że czasem najważniejsze pytania rodzą się właśnie tam, gdzie kończy się sensacja, a zaczyna refleksja

W "Reaktywacji" thriller staje się jedynie narzędziem do opowiedzenia o przemijaniu, rodzinie i odpowiedzialności. Czy od początku taki był zamysł, czy dopiero podczas pisania historia zaczęła przesuwać akcent z sensacji na refleksję?

Krzysztof P. Łabenda: Często mam tak, że to, co piszę zaczyna trochę "żyć własnym życiem". W przypadku "Reaktywacji" tak nie było. To miało być, i wierzę, że jest, domknięcie pewnej historii, gdzie Grenouille odgrywa główną rolę, a konwencja thrillera wydawała się tu być najbardziej oczywista, ale nie miała dominować. Nie o akcję, strzelanie czy pościgi miało w moim zamyśle chodzić. Skoro Pani o to pyta, to myślę, że zamysł został osiągnięty.

Adam Żabiński otrzymuje drugą szansę, ale nie potrafi całkowicie porzucić dawnej tożsamości. Czy uważa Pan, że człowiek może naprawdę przestać być tym, kim był przez większość życia?

Mam pewien problem z odpowiedzią. Nie do końca bowiem Adam Żabiński otrzymał drugą szansę. Ona jest, ale gdzieś na drugim planie. Na pierwszym miejscu jest, jak patetycznie to nie zabrzmi, odpowiedź na wezwanie Ojczyzny. To takie, z zachowaniem wszelkich proporcji, "Panie Wołodyjowski, larum grają…". Ojczyzna przerośnięta jest nowotworem nie poszanowania demokracji, nienawiści do wszystkiego, co obce. Zdrową tkankę toczy rak Bractwa Czystej Polski, ludzie tacy jak Pan Dajan czy Hiszpan skłonni są stłamsić wszystko, co stanie im na drodze, a to droga ku autokracji i brzydko mówiąc "zamordyzmu" przyprawionego zaściankiem. Trzeba z tym walczyć i do tej walki staje Grenouille, bo jest sprawdzony, czysty i wie, jak to zrobić oraz zdeterminowany jest do wielu poświęceń.

Czy można naprawdę przestać być tym, kim się do tej pory było?

To strach zjadający Żabińskiego przez całą prawie powieść. Czy działając "pod przykrywką", dopuszczając się czynów nagannych, zbrodni, mogę nadal pozostać sobą, zachować moralną czystość?

Wielokrotnie pokazuje Pan, że największe bitwy rozgrywają się we wnętrzu człowieka. Czy to właśnie konflikt wewnętrzny jest dla Pana najciekawszym rodzajem napięcia literackiego?

Tak, zdecydowanie tak. Już wiele razy powtarzałem, że mnie interesują dusze brudne, dotknięte złem, a czyste, białe, pozostawiam Bogu i aniołom.

Po wielokroć sam toczyłem swoje wewnętrzne bitwy i teraz ukrywam skrzętnie blizny w nich odniesione. W miarę jak się starzeję, niektóre z nich przenoszę na karty moich powieści. Są tam zamotane, zawoalowane, dobrze zakamuflowane, ale są. Nie sądzę, by można było napisać powieść od początku do końca wymyśloną, w której nie będzie ani ziarnka prawdy o autorze. Mówię tu oczywiście o powieściach a nie czytadłach, w stylu ona piękna i próżna, on bogaty i ten jacht kołyszący się na wodach Saint Tropez.

Relacja Adama i Piotrusia wydaje się sercem całej powieści. Co było dla Pana ważniejsze podczas jej tworzenia – pokazanie ojcostwa czy pokazanie procesu budowania zaufania między dwojgiem ludzi?

Ta relacja tkwiła we mnie dziesiątki lat. Wieki temu był taki film radziecki. Tytułu już nie pomnę. Tam jest scena, która w jakiś sposób ukształtowała moje pojmowanie życia. Zima, zamieć, pewnie syberyjska droga, pustkowie. Tą drogą jedzie rozklekotana ciężarówka. Nagle szofer na poboczu, tuż przy koleinach, dostrzega chłopczyka – może 5 może 4 latka. Zatrzymuje auto, wysiada i wówczas chłopczyk podbiegł do niego, obejmuje go i mówi: tatusiu kochany, wreszcie jesteś, tak długo na ciebie czekałem, a ty mnie znalazłeś.

Dodajmy, że szofer nie jest ojcem chłopca.

Pragnienie dziecka, by ojciec wreszcie się znalazł i ta olbrzymia wiara, że przecież się znajdzie. Wyprawa w nieznane, by go odszukać. A jak już będzie niech się nawet nazywa dziadkiem. I Jak już będzie to ten bezmiar zaufania: "Panie Ślimaku, Pan się nie martwi, dziadek mnie znajdzie". Ile wiary jest w tym stwierdzeniu, gdy Piotruś pociesza swojego przyszłego oprawcę, niemogącego się pogodzić z zabiciem dziecka. Nie będzie źle, bo dziadek może wszystko. Nie będzie pan musiał mnie zabić.

To jedno. A radość i miłość Grenouille, który zawsze chciał mieć rodzinę, to drugie. Ten ciężar miłości dziecka przyjęty na swoje ramiona. Niczego tu nie podważam, niczego nie propaguję. Mówię tylko, że ojcostwo nie musi zawsze wynikać z biologii, a zaufanie dziecka jest darem największym.

Właśnie o ojcostwo chciałam teraz zapytać. Jak sam Pan stwierdził, nie wynika ono z biologii, lecz z odpowiedzialności. Czy chciał Pan świadomie podważyć stereotypowe rozumienie rodziny?

Już powiedziałem. Niczego nie neguję, nie podważam. Pokazuję tylko, że ojcem można zostać nie tylko poprzez biologiczny akt zapłodnienia. Ono jest oparte o miłość i zaufanie. Proszę zauważyć, że Piotruś nie mówi do Adama "tato" lecz "dziadku". Chłopczyk wie, kim był tata, jak odszedł, że tata jest, mimo wszystko, jeden. "Dziadek" jest formułą bezpieczną, która zawiera w sobie wszystko to, co powinno wiązać się z tatą, gdyby był. Jednocześnie dziadek w pełnej rodzinie to też autorytet, przyjaciel, powiernik. Mam taki T-shirt z anglojęzycznym napisem: "dziadek jest największym powiernikiem wnuka w jego małych grzeszkach" i rysunkiem dziadka trzymającego wnuka za rękę. Chyba dla moich wnuków trochę taki jestem. Dlatego uciekłem od formuły "wujek" pojawiającej się czasem tam, gdzie nie ma taty i jest partner mamy.

Przejdźmy teraz do kobiet. Sara przechodzi ogromną przemianę i z osoby wymagającej wsparcia staje się osobą samodzielną oraz świadomą własnej wartości. Czy jej rozwój był od początku równie istotny jak droga Adama?

Sara musi być kobieta twardą. Wraca do Bożej Woli "obarczona grzechem" – małżeństwa z Murzynem, dziecka z nim poczętego, nie ukończonych studiów i samobójczej śmierci ojca. Musiała dużo znieść i żadna kobieta typu "mimoza" tego by nie wytrzymała.

Boję się tanich, sentymentalnych powieści, z których już chyba jako pisarz wyrosłem. Kobiety na moich kartach mają być z krwi i kości. Twarde, samodzielne. Rolą mężczyzny jest, gdy tak trzeba, "otworzyć je na świat". Ale tylko wówczas, gdy same nie są w stanie tego zrobić. Teraz moglibyśmy wieść dysputę o równouprawnieniu, o tym, jak ciężko być "mężem swojej żony" i czy męska duma to zniesie, czy miłość to złagodzi, o tym, ileż to związków się rozpadło, bo ona lepiej zarabiała, miała wyższe stanowisko. Jak widać, Grenouille to znosi, a Sara doskonale to rozumie. Złote klatki już czekają, ale ani jedno, ani drugie nie chce wpychać tam partnera. Miłość to także dawanie sobie wolności.

Marek Mróz jest jedną z najbardziej tragicznych postaci powieści. Czy bardziej interesowała Pana jego choroba, czy psychologiczny dramat człowieka, który nie potrafi pogodzić się z własnym przemijaniem?

W chorobie Marka Mroza nie ma nic szczególnie zajmującego. Banalizując, można powiedzieć "wieńcówka", choroba tego typu ludzi. Nerwy, nieregularne posiłki, papierosy, alkohol – to się zwykle tak kończy. Przemijanie, konieczność pogodzenia się z nim, jest literacko o wiele ciekawsze. Nie chciałem, by Mróz jawił się człowiekiem, który nie potrafi pogodzić się z własnym przemijaniem. Wie, że musi odejść i chyba się z tym godzi. Nawet jest zdolny do przekazania niewątpliwego sukcesu w odzyskaniu Piotrusia Ławniczakowi, który pewnie go wkrótce zastąpi.

Jest w nim, oczywiście, pewien rodzaj nostalgii, za tym, co wraz z nim odchodzi, żal, że to już ten czas, gdy trzeba do kartonu włożyć swoje rzeczy i odejść, ale nie próbuje dyskontować wdzięczności przełożonych za wspaniale wykonaną pracę. Obiecał, że odejdzie i tak robi – po skończonym zadaniu, bez żalu, kładzie na biurku komendanta, podobnie jak Grenouille, swoją legitymację służbową. W policji, w działaniach operacyjnych, nie ma już dla nich miejsca. Wiek robi swoje, zdrowie już nie to.

Czy jest postacią szczególnie tragiczną? W moim zamyśle nie. Już bardziej tragiczną personą jest tu Ślimak.

W książce pojawia się pytanie: gdzie kończy się odpowiedzialność, a zaczyna pycha wynikająca z przekonania o własnej niezastąpioności? Czy to pytanie kieruje Pan również do współczesnego społeczeństwa?

To jest jedno z kluczowych pytań, jakie usiłuję postawić – o ową "cienką czerwoną linię", której przekroczenie sprawia, że tracimy swoje dotychczasowe człowieczeństwo. Linię, zza której nie ma już powrotu. Grenouille wielokrotnie zastanawia się, czy jeszcze jestem Żabińskim, czy już Jurandem. Czy wchodząc w skórę Juranda, może się posuwać do rzeczy najgorszych. Bezkarnie zabijać. Nagrodą za jego poświęcenie jest sygnet z grawerem "Ojczyzna swojemu synowi". Tragicznie brzmi pytanie Żabińskiego – która? Ta, dla której zabiłem (Juranda)? Czy ta, dla której zabijałem (jako Jurand?). Dlaczego nie może być jednej, bez takich walk i tarć.

We współczesnym życiu mamy do czynienia w wieloma postaciami, które już dawno przekroczyły wszelakie "czerwone linie" w dzisiejszej Polsce roi się od Jarosławów, Antonich, Zbigniewów czy Donaldów. Każdy z nich ma swoją ojczyznę i moja "jest bardziej mojsza". "Niczym lemingi z rozlicznych opowieści pędzimy jako społeczeństwo ku zatraceniu” Coraz bardziej lżej mi na sercu na myśl, że mój PESEL nie daje mi już bardzo wiele czasu, ale przecież pozostawiam dzieci, wnuki.

Motyw słabnącego serca Marka Mroza można odczytać jako metaforę czasu. Na ile świadomie budował Pan tę symbolikę?

Tak, to w jakimś sensie jest metafora mijającego czasu. Marka Mroza, Żabińskiego, mojego. Odchodzimy, bo takie jest prawo ustanowione przez Matkę Naturę. Wielu z nas boi się i przemijania, i odejścia. Strach pojawia się z niewiedzy. Uświadomienie sobie, że tak być musi, pozwala zneutralizować ten strach, choć niekoniecznie niezgodę na to. Wszystko przemija, obraca się w pył. Za chwilę tak stanie się z naszą cywilizacją, jeśli nie powstrzymamy tego szaleństwa w dewastacji klimatu. Tak już raz było, a historia lubi się powtarzać.

Las wydaje się pełnoprawnym bohaterem "Reaktywacji". Czy podczas pisania myślał Pan o nim bardziej jako o miejscu wydarzeń, czy jako o przestrzeni posiadającej własny głos i znaczenie?

To oczywiście miejsce akcji, ale też i pełnoprawna “postać” mojej powieści. Las żyje, kocha tych, którzy i jego kochają. Tym złym potrafi wymierzyć karę, choćby w postaci niespodziewanego korzenia, o który potyka się Jurand i który psuje mu ucieczkę, zmusza do porzucenia okupu. To też cierpliwy nauczyciel Piotrusia. Pozwala, by z pomocą Adama, chłopczyk poznawał jego tajniki, które później będą mu bardzo pomocne.

Jelenie powracają niczym motyw przewodni całej opowieści. Dlaczego właśnie one stały się symbolem niewinności i naturalnego porządku świata?

Nie ma tu ukrytych znaczeń. Jest tylko zachwyt autora nad pięknem tego świata, jakie uosabiają te zwierzęta. Jest tu też mój bunt przeciwko polowaniom z tym całym ich barbarzyńskim rytuałem. W mojej powieści “Blizny” opisałem go z szokującymi detalami.

Stara płaskorzeźba jelenia nad leśniczówką ma bardzo silny wydźwięk symboliczny. Czy kryje się za nią jakaś konkretna inspiracja lub osobista historia?

Nie. Tu także nie ma ukrytych znaczeń. To raczej zabieg, który pozwoli później Piotrusiowi podszepnąć Adamowi, gdzie przetrzymują go porywacze. Jeśli już, to może i wskazanie, że las wolno pochłania wszystko, co wbiło się w jego tkankę, ale są pewne elementy nieprzemijające. Las pochłonie leśniczówkę, ale gdybym dalej szedł tym tropem, płaskorzeźba spadłaby w trawę i tam przetrwała, bo ona jest pewnym hołdem przyzwoitego człowieka dla lasu i jego mieszkańców.

Bractwo Czystej Polski nie zostało przedstawione jako grupa groteskowych złoczyńców, lecz jako ludzie stopniowo tracących człowieczeństwo. Jak wiele czasu poświęcił Pan na analizę mechanizmów radykalizacji przed napisaniem tej części powieści?

To nie mogła być grupka maniaków, grupa, jak Pani to ujmuje, groteskowa. Proszę spojrzeć na rosnące dziś w naszym kraju “zbrunatnienie”, na zwolenników “Pana Dajana” – myślę, że to dość czytelne wskazanie, na faszyzujące się zachowania, na napaści na Ukraińców, ksenofobię, która ma niemałe miejsce wśród nas. Nie bez kozery Jurand i jego ludzie mówią o sobie per “kamraci”. Bractwo Kamratów w Polsce jest – w mojej ocenie – groźne, podobnie jak wszelkiego rodzaju ruchy obrony granic, Bąkiewicze wszelkiej maści.

Jurand nie jest jednowymiarowym antagonistą. Czy podczas pisania próbował Pan zrozumieć jego sposób myślenia, czy raczej chciał pokazać, do czego prowadzi odrzucenie empatii?

Jurand jest najzwyklejszym bandytą i psychopatą. To osobnik tak mocno zindoktrynowany, że porzucił wszelkiego rodzaju refleksję. Napędza go nienawiść – do kraju takiego, jakim on jest w tej chwili, do Sary, bo uważa, że wyrządziła mu krzywdę, do wszystkiego, co nie mieści się w jego pojmowaniu świata. To zręczny przywódca, ale przy tym troglodyta.

Mam wrażenie, że dzisiejsza Polska pełna jest Jurandów. Nie ma na to mojej zgody.

Powracający motyw "śmiechu Boga" nadaje książce niemal egzystencjalny charakter. Czy jest to filozofia, która towarzyszy również Panu prywatnie, czy wyłącznie literacka metafora?

Żyję już trochę na tym świecie i to pozwala mi wyzbyć się naiwności. Owa filozofia “śmiechu Boga” jest obecna w moim życiu codziennym. Wielokrotnie doświadczałem tego, że moje plany sobie, a życie sobie. Nie wiem, czy Bóg istnieje, czy tak się bawi losami ludzi, ale mnie jeszcze nigdy, poza jednym przypadkiem, który zdeterminował moje życie, nie zawiódł w inne strony niż chciałem. Jakby potoczyło się moje życie, gdyby wtedy nie ingerował, by się mną pobawić? Nie wiem.

W “Reaktywacji” sceny codzienności często wywołują silniejsze emocje niż akcje policyjne. Czy uważa Pan, że właśnie zwyczajność jest dziś największym luksusem człowieka?

Chyba tak. Nie chciałem by to była opowieść stricte “policyjna” jakich wiele na rynku. To jest, tak myślę, książka o ludzkich codziennych losach. O miłości, lodach pistacjowych, złu, które usiłuje zburzyć szczęście Adama Żabińskiego, a przecież to na nie czekał tyle lat i zasłużył sobie na nie bardzo. To opowieść o złu, które chce zdemolować nasze życia, zalać je brunatną zarazą w imię realizacji pragnienia władzy, chorych ambicji.

Boża Wola wydaje się czymś więcej niż miejscem akcji – przypomina mikrokosmos współczesnej Polski. Na ile ta przestrzeń była inspirowana rzeczywistymi obserwacjami społecznymi?

Tak, po wielokroć tak. Wymyśliłem to miejsce przeklęte, by tam skupiło się całe zło, które widzę w moim kraju i by tam zamieszkała nadzieja na to, że to zło można przezwyciężyć. To banał straszliwy, ale ja ciągle wierzę w to, że dobro zwycięża i mam nadzieję, że nie jest to wiara chłopczyka w Świętego Mikołaja.

W powieści dobro i zło nie są prostym podziałem na bohaterów pozytywnych i negatywnych, lecz dwoma sposobami patrzenia na człowieka. Czy właśnie taki obraz współczesnego świata chciał Pan przekazać czytelnikom?

Ani człowiek, ani świat to nie są byty czarno-białe. Tam, gdzie funkcjonuje dobro, może pojawić się pokusa zła – mówiąc w uproszczeniu. Grenouille wielokrotnie, jak już mówiłem zastanawia się, jak daleko może się posunąć, kiedy “straci cnotę” i pod płaszczykiem walki ze złem stanie się, w moralnym sensie “bandytą”. Z drugiej strony czytelnik poznaje Ślimaka. Zaplątanego w zło i mającego obiekcje. Ma zabić Piotrusia i nie akceptuje tego rozkazu. Narażając siebie i swoje życie, pozwala chłopcu uciec, przechodząc, choćby na chwilę, “na drugą stronę”. Nikt z nas nie jest w stu procentach dobry ani zły. W każdej energii jest zalążek przeciwnej – jak powiadają Chińczycy.

“Reaktywacja” stawia pytanie, czy druga szansa jest darem, czy kolejną próbą charakteru. Jak Pan sam odpowiedziałby na to pytanie?

To jest dar pozwalający nam stanąć przed kolejną próbą charakteru.

Po zamknięciu ostatniej strony chciałabym zapytać nie o to, co czytelnik powinien zapamiętać z fabuły, ale o to, nad jakim jednym pytaniem dotyczącym życia chciałby Pan, aby zatrzymał się najdłużej.

Quo vadis patria. Dokąd zmierzasz Ojczyzno. Czy tolerując, wspierając to, co brudne, brunatne, złe, nie zmierzamy ku zatraceniu jako ludzie, czy dla doraźnych korzyści nie zabijamy naszego człowieczeństwa.

Dziękuję za poświęcony mi czas i czekam na kolejną Pana książkę.

Rozmawiała


Chcesz podzielić się ciekawym newsem lub zaproponować temat do rozmowy albo żebym przeczytała i zrecenzowała Twoją książkę? Skontaktuj się ze mną, pisząc maila na adres: sylwia.cegiela@gmail.com.

Dziękuję, że przeczytałaś/eś ten artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z kolejnymi nowościami wydawniczymi lub ciekawymi historiami, zapraszam do mojego serwisu ponownie!

Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie tylko i wyłącznie za zgodą Autorki niniejszego portalu.

Komentarze


Wyróżnione recenzje