[recenzja filmu] Netflix zepsuł "Lalkę"? I bardzo dobrze. O serialu, który wkurza, uwodzi i nie przeprasza Prusa

Są książki, których nie da się już czytać niewinnie. "Lalka" Bolesława Prusa należy do tej kategorii. Najpierw poznajemy ją jako szkolną lekturę, potem – jeśli mamy szczęście albo wystarczająco dużo cierpliwości – odkrywamy, że pod warstwą romantycznego dramatu, arystokratycznych salonów i nieszczęśliwej miłości kryje się opowieść o pieniądzach, klasach społecznych, ambicji, wykluczeniu, kobiecej niezależności i ludziach, którzy bardzo chcą wejść do świata, który niekoniecznie ma ochotę ich wpuścić i przez to czują, że nie należą nigdzie. Nic dziwnego, że każda kolejna próba przeniesienia tej historii na ekran wywołuje emocje. Kiedy bowiem ktoś zaczyna poprawiać "Lalkę", poprawia nie tylko powieść. Dotyka również naszych przyzwyczajeń, szkolnych interpretacji i tego, jak przez lata nauczyliśmy się patrzeć na Wokulskiego, Izabelę, Rzeckiego czy całą warszawską arystokrację przez pryzmat zachowawczych sugestii naszych szanownych pedagogów bez prawa do jakiegokolwiek sprzeciwu wobec narzuconych nam tez.

Paweł Maślona Lalka recenzja serialu Netflix

Netflix postanowił jednak zrobić coś jeszcze bardziej ryzykownego: nie tyle zekranizować "Lalkę", ile wejść z nią w otwarty konflikt. Zostawił XIX-wieczną Warszawę, kostiumy, nazwiska i podstawowe napięcia, ale jednocześnie pozwolił bohaterom mówić, myśleć i działać w sposób, który zdecydowanie nie należy już do świata Prusa. Efekt jest momentami zaskakujący, żenujący, bulwersujący, chwilami irytujący, a czasem po prostu bardzo zabawny. I właśnie dlatego trudno przejść obok niego obojętnie. Ta "Lalka" nie prosi o zgodę na własne istnienie. Raczej sprawdza, ile razy można potrząsnąć klasyką, zanim ta przestanie być klasyką.

Najciekawsze jest jednak to, że pod całą tą współczesną warstwą nadal pulsują problemy, które Prus opisał ponad sto lat temu. Ludzie wciąż chcą należeć do grup, które ich odrzucają – jakie to współczesne. Pieniądze nadal nie zawsze kupują szacunek, choć trudno w to uwierzyć. Kobiety nadal muszą negocjować własną sprawczość z oczekiwaniami otoczenia. Muszą walczyć ze stereotypami i mimo, że gorsety zostawiły już dawno za sobą, to jednak jeszcze czują i sznurowadła na ciele. A miłość? No cóż… bardzo często okazuje się uczuciem skierowanym bardziej do własnego wyobrażenia niż do drugiego człowieka. Zmienił się język, kostium i sposób prowadzenia opowieści, ale mechanizmy społeczne pozostają zaskakująco znajome.

Dlatego zamiast pytać, czy Netflix prezentuje "Lalkę" wiernie, należy zapytać, co właściwie z nią zrobił. Bo może właśnie po to klasyka jest nam potrzebna – żeby kolejne pokolenia mogły się z nią kłócić, interpretować ją po swojemu i sprawdzać, czy pod warstwą szkolnego obowiązku nadal znajduje się historia, która potrafi nas czymś zirytować, rozbawić albo zwyczajnie zaboleć.

I dlaczego "tosiagate" związane z kontynuacją "Nigdy w życiu!" pewnie za chwilę przycichnie, gdyż polska popkultura znalazła sobie nowy powód do kłótni. Tym razem na tapet trafia "Lalka", a właściwie dwie „Lalki”, bo obok siebie pojawiają się dwie ekranowe wizje powieści Bolesława Prusa. Nagle okazuje się, że jedna z najważniejszych polskich powieści może zostać opowiedziana na kilka zupełnie różnych sposobów, a sama świadomość, że twórca odchodzi od pierwowzoru, nie musi jeszcze oznaczać artystycznej katastrofy. Wręcz przeciwnie – czasem właśnie wtedy zaczyna się najciekawsza rozmowa z klasyką.

Kiedy Netflix ogłosił swoją "Lalkę", przyznaję: wiadomo było, że to nie będzie ekranizacja, ale interpretacja dzieła Prusa. Moja pierwsza reakcja była raczej w rodzaju: no dobrze, co na to naród wychowany na świętości klasyki. Pierwsze dwa odcinki oglądałam więc w oczekiwaniu na katastroficzną wizję miłości ze skandalem w tle. I wtedy wydarzyło się coś bardzo niebezpiecznego, a po tzw. Skandalu śladu nie ma. Zaczęło mi się podobać. Im dalej w serial, tym mniej interesowało mnie, gdzie dokładnie znajduje się Prus, kim są aktorzy, którzy – o dziwo! – bardzo szybko stali się postaciami tej historii. Za to coraz bardziej byłam ciekawa – co jeszcze wymyślą twórcy. Ta "Lalka" jest bowiem tak bezkompromisowa w swoim podejściu do pierwowzoru, że w pewnym momencie przestaje się ją oglądać jak powieść Prusa, reżyser Paweł Maślona, bowiem, zaczyna snuć nową opowieść, która korzysta z dobrze znanych nam wszystkim postaci i konfliktów, ale świadomie zmienia ich ustawienie.

Paweł Maślona Lalka recenzja serialu Netflix

Najbardziej interesujące w zamieszaniu wokół Netflixowej produkcji jest właśnie to, że serial właściwie od początku nie próbuje udawać, że chce być szkolną ilustracją powieści Prusa. To raczej bezczelna rozmowa z klasyką: bierze znane nazwiska – genialną Sandrę Drzymalską w roli Izabeli Łęckiej oraz niezwykle prawdziwego w swojej kreacji Wokulskiego, Tomasza Schuchardta, dodaje do tego główny konflikt i XIX-wieczne dekoracje, a następnie przesuwa je w stronę współczesnego widza. Dlatego jedni widzą w tej produkcji świeżość i odwagę, inni – utratę tego, co w "Lalce" najważniejsze – pomnikowości. Samo rozdarcie opinii wydaje się jednak naturalną konsekwencją przyjętej przez twórców strategii.

I właściwie trudno było oczekiwać czegoś innego. Twórcy nie próbują upchnąć całej powieści w serialowej adaptacji. Reżyser wraz z Pawłem Demirskim i Jagodą Dutkiewicz wybierają z Prusa to, co uważają za najważniejsze, a resztę przepisują na własny, bardzo współczesny, a przez to realistyczny język. Dlatego nie dostajemy wiernej ekranizacji, lecz interpretację, która momentami odrywa się od pierwowzoru, by za chwilę zaskakująco mocno do niego wrócić. Netflix stawia przy tym przed widzem dość przewrotne pytanie: ile można zmienić w klasycznej powieści, żeby wciąż pozostała "Lalką"? Odpowiedź twórców jest odważna – bardzo dużo.

Najmocniej widać to w przypadku głównych bohaterów. Wokulski Tomasza Schuchardta jest mniej pomnikowym romantykiem, a bardziej człowiekiem z krwi i kości – ambitnym, zdeterminowanym i momentami boleśnie przyziemnym. Jego majątek nie daje mu tego, czego naprawdę pragnie, czyli poczucia przynależności i miłości Izabeli. Z jednej strony jest simpem, a z drugiej nieszczęśliwym człowiekiem bez swojego miejsca na ziemi. W efekcie, śmiem twierdzić, że staje się niemal zabawką a nawet marionetką w rękach innych ludzi po to tylko, aby zyskać akceptację klasy wyższej.

Z kolei Sandra Drzymalska dostaje Łęcką wyraźnie bardziej sprawczą niż ta, którą pamiętamy ze szkolnych interpretacji. Serialowa Izabela nie chce być jedynie piękną arystokratką czekającą na odpowiedniego męża, czyli tytułową lalką. Chce samostanowić o sobie, zyskać niezależność. Ma własne ambicje, marzenia, interesuje się emancypacją, ale nie w dosłownym tego słowa znaczeniu i próbuje wyrwać się z porządku, który określił jej miejsce w świecie. I z tym właśnie ustalonym porządkiem stara się walczyć, wbrew wszystkim i wszystkiemu.

Ta zmiana perspektywy sprawia, że relacja Wokulskiego i Izabeli przestaje być wyłącznie historią niespełnionej miłości. Coraz bardziej przypomina grę dwojga ludzi, którzy chcą czegoś, czego nie potrafią albo nie mogą osiągnąć. Wokulski próbuje kupić sobie wejście do świata arystokracji i zdobyć kobietę, która pozostaje poza jego zasięgiem. Nie wie jeszcze, że pieniądze nie zawsze są przepustką do raju. Izabela z kolei, wychowana na wybredną, wyrachowaną kobietę, próbuje kupić sobie niezależność i wyrwać się z roli, którą narzuciło jej pochodzenie. Jest niewygodna, wręcz nieznośna dla sfery a przez to staje się kimś w rodzaju zawady, którą należy jak najszybciej wydać za mąż, aby pozbyć się kłopotu. Oboje więc coś sobie wyobrażają, oboje czegoś pragną i oboje boleśnie zderzają się z rzeczywistością. Mamy tu więc do czynienia z wielogatunkowym dramatem dwojga ludzi, którzy tak bardzo pragną zmiany, wolności i upadku starej rzeczywistości, że zaczyna im się sypać grunt pod nogami.

I może właśnie dlatego nie warto pytać, czy Netflix zrobił "Lalkę" dobrze albo źle. Ciekawsze jest pytanie, "co zrobił z "Lalką". Ta wersja nie ma przecież zastąpić powieści – nigdy tego nie oczekiwałam. Ma ją ponownie uruchomić – sprawić, żeby po sześciu odcinkach widz, który zna Prusa, spojrzał na niego inaczej, a ten, który go jeszcze nie zna, pomyślał: "To ciekawe. A co właściwie było w tej książce?". Jeśli serial rzeczywiście osiąga taki efekt, jego największym sukcesem nie jest wierność oryginałowi, lecz to, że klasyka znowu zaczyna być przedmiotem rozmowy. Dla wielu pewnie już tak się stało zważywszy na ogrom dyskusji nad serialem.

Jednym z najmocniejszych punktów serialu pozostaje konflikt między "nowym pieniądzem" a "starym pieniądzem". Arystokracja może być finansowo na skraju katastrofy, ale nadal zachowuje przekonanie, że samo pochodzenie daje jej prawo do miejsca przy stole, do bycia panami świata, do utrzymywania odwiecznego porządku, a tym samym do decydowania o przyszłości narodu, o miejscu kobiet w świecie. Wystawne stroje, służba, kosztowne przyzwyczajenia i rozbudowany ceremoniał stają się więc nie tylko dekoracją, fasadą, a wręcz maską czy próbą utrzymania dawnego porządku.

Paweł Maślona Lalka recenzja serialu Netflix

Myśląc metaforycznie: Titanic już tonie, orkiestra stoi po szyję w wodzie, a ktoś wciąż może się obrazić, że widelec do ryby znalazł się po niewłaściwej stronie talerza. Cały czas trwają w przekonaniu, że czegoś nie wypada, coś nie uchodzi. Dobitnym przykładem tego stanu rzeczy jest ojciec Izabeli (w tej roli świetny Jacek Braciak) – ekonomiczny bankrut, hazardzista z tytułem, dla którego jedynym majątkiem jest obecnie córka. I tutaj nasuwa się pytanie: czy powinno się poświęcać dobro własnych dzieci, aby nie wypaść za burtę tonącego statku? Takie właśnie moralne dylematy stawia przed nami "Lalka". Czasem moralne bankructwo jest przecież gorsze od materialnego.

Wokulski reprezentuje z kolei świat tzw. "nowego pieniądza". Może kupić nieruchomość, przedsiębiorstwo czy wpływy, ale niekoniecznie może kupić sobie pełną przynależność czy przychylność kobiety. Stroi się więc niczym kukła w teatrze lalek, kupuje bibeloty, pojedynkuje, tracąc przy tym nie tylko majątek, ale też szacunek w oczach sfery (pytanie, czy w ogóle go miał) i widza. Arystokracja chętnie przyjmie jego pieniądze, lecz to wcale nie oznacza, że przyjmie jego samego. Ta sprzeczność sprawia, że "Lalka" pozostaje aktualna: należy bowiem pamiętać, że niezależnie od epoki istnieją środowiska, do których można wejść dzięki majątkowi, nazwisku czy kontaktom, ale w których nadal można usłyszeć niewypowiedziane: "możesz tutaj być, ale nie jesteś jednym z nas" albo "dla naszej sfery będziesz zawsze trędowatym" parafrazując słowa z innej klasyki literatury.

Najbardziej przewrotne w tej "Lalce" jest to, że twórcy nie robią tego, co zwykle rozumiemy przez uwspółcześnienie klasyki. Nie przenoszą bohaterów do dzisiejszej Warszawy, nie dają im smartfonów ani współczesnych mieszkań – jak to ma miejsce w niektórych dziełach, wspominając np. "Romeo i Julię" z Leonardo DiCaprio. Zostawiają ich w XIX wieku. I robią to z imponującą dbałością o szczegóły: piękne kostiumy, wspaniałe wnętrza, rekwizyty, jedzenie, scenografia, faktury tkanin, detale wyposażenia przypominają trochę świat Bridgertonów, ale na szczęście nie jest to ta produkcja. Chociaż nie sposób tutaj pominąć dosłownego nawiązania do tej brytyjskiej produkcji pod postacią cytatu: "autorka tych słów…". Nawet haftowana pościel ma tutaj swoje znaczenie, ponieważ przypomina nam, że fizycznie nadal jesteśmy w świecie Prusa. To ogromna zaleta tej produkcji, ponieważ widzowie lubią czasem przenieść się w czasie, oglądając takie produkcje.

A jednocześnie, co może budzić pewien dysonans, bohaterowie zachowują się tak, jakby ich świadomość społeczna przeskoczyła o ponad sto lat. To daje serialowi bardzo charakterystyczną energię. Dziewiętnastowieczny świat zaczyna mówić współczesnym językiem, co słychać momentami bardzo dosadnie i głośno. Już nie ma cichych szeptów, metafor czy kurtuazyjnych sporów znanym nam z innych produkcji. Problemy dawnych bohaterów zostają więc opowiedziane przy pomocy współczesnych kategorii. Ambicja, sfera nowobogackich, życie ponad stan, autonomia, postęp, walka o wolność kobiecość, pieniądze, klasowość, prawo do decydowania o własnym życiu czy społeczna pozycja przestają być wyłącznie historycznymi zagadnieniami – stają się osobnym i niezwykle ważnym wątkiem w serialu. To sprawia, że bohaterowie zmagają się z problemami, które rozpoznajemy tu i teraz.

Jeszcze mocniej współczesność widać w sposobie przedstawienia kobiet. Izabela Drzymalskiej nie jest jedynie obiektem obsesji Wokulskiego. Zyskuje własną perspektywę, własne problemy i przede wszystkim potrzebę samostanowienia. Obok niej pojawiają się: wyzwolona Kazimiera Wąsowska (Magdalena Cielecka), Eliza Orzeszkowa (Agnieszka Grochowska) oraz lekarka Zofia Dobska (Monika Frajczyk) – postacie i inspiracje, których w takiej formie u Prusa nie znajdziemy, ale które pozwalają serialowi opowiedzieć o XIX-wiecznym świecie również z perspektywy kobiet walczących o niezależność. Szczególnie Marianna (Maria Kania) staje się symbolem tej walki. Jej historia pokazuje, że emancypacja nie jest wyłącznie kwestią wielkich idei, lecz przede wszystkim prawa do decydowania o własnym życiu.

To właśnie tutaj netflixowa "Lalka" okazuje się najbardziej współczesna. Pod kostiumami i dekoracjami opowiada o problemach, które nie wymagają znajomości XIX-wiecznej Warszawy: tła historycznego, nierównościach społecznych, pieniądzach, klasowych barierach, uprzedzeniach i potrzebie wyrwania się z narzuconej roli. Jeżeli więc ktoś oczekiwał od produkcji wierności historycznej, to się rozczaruje. Zresztą kto uczy się historii z filmów? Chyba nikt nie powinien.

Paweł Maślona Lalka recenzja serialu Netflix

Paradoksalnie, im głośniej w Polsce słychać zarzuty, że Netflix "zniszczył" Prusa, tym trudniej nie zauważyć, że ta nowa "Lalka" robi coś, czego poprzednim adaptacjom nie udało się osiągnąć na taką skalę: wychodzi z Polski. Bardzo szybko bowiem produkcja znalazła się w pierwszej dziesiątce Netflixa aż w 51 krajach. Oczywiście nie oznacza to, że zagraniczni widzowie nagle zakochali się w Prusie – większość z nich nie może się pochwalić znajomością tej szkolnej lektury. I właśnie w tym może tkwić siła tej wersji.

Dla polskiego widza każda zmiana boli bardziej, ponieważ porównujemy serial z książką, którą znamy, pamiętamy i przez lata interpretowaliśmy według określonych, stereotypowych scenariuszy narzuconych nam w szkolnej ławce. Zagraniczny odbiorca widzi natomiast przede wszystkim atrakcyjny dramat kostiumowy: romans, konflikt klas, pieniądze, ambicję, społeczne ograniczenia i kobietę próbującą wyrwać się z przypisanej jej roli, czyli przestarzałego patriarchatu. To właśnie dlatego to, co w Polsce może być odbierane jako zdrada oryginału, za granicą może działać jak zaproszenie do świata Prusa, a kto wie… może niektórych zachęci do przeczytania książki.

I jest w tym pewna ironia. Przez lata "Lalka" funkcjonowała jako obowiązkowy szkolny pomnik – dzieło, które trzeba znać, interpretować i zdawać z niego maturę. Netflix potraktował ją odwrotnie: zdjął z niej szkolny kurz, pozwolił jej być niegrzeczną, gwałtowną, wulgarną, chwilami współczesną i gatunkowo niepokorną. Efekt może być bardziej wartościowy niż sugerowałaby internetowa awantura. Jeśli ktoś po obejrzeniu serialu z drugiego końca świata zacznie się zastanawiać, kim właściwie był Wokulski, dlaczego Izabela jest taka, jaka jest, i sięgnie po powieść Prusa, to klasyka właśnie dostała nowe życie. Na taki właśnie finał trzeba mieć nadzieję. Polski film zna przecież takie przypadki, gdzie produkcja telewizyjna skłoniła społeczeństwo do sprawdzania, konfrontowania i publicznej debaty o słuszność istnienia serialu.

Nie chodzi więc o to, żeby serial zastąpił książkę. Chodzi o coś znacznie ciekawszego: "Lalka" przestała być wyłącznie polskim szkolnym kodem, a zaczęła działać jak uniwersalna opowieść o ludziach, którzy chcą przekroczyć granice własnego świata. I być może właśnie dlatego ta najbardziej "niepolska" w swoim podejściu do klasyki "Lalka" okazała się produkcją, którą oglądają także ci, którzy z polską lekturą nie mieli wcześniej nic wspólnego.

Drugim filarem tej historii jest oczywiście relacja Wokulskiego i Izabeli. Serial przesuwa jednak akcenty, pokazując, że problem nie polega wyłącznie na tym, iż Wokulski zakochał się w kobiecie, która nie odwzajemnia uczucia, a wręcz nim gardzi. On zakochuje się również – a może przede wszystkim – w swoim wyobrażeniu o niej. W projekcji, którą sam stworzył. W Izabeli, która istnieje częściowo w jego głowie, a dopiero później w rzeczywistości.

To trochę jak kupowanie produktu na podstawie idealnego zdjęcia reklamowego, a potem odkrywanie, że rzecz, którą dostaliśmy, ma z fotografią niewiele wspólnego z rzeczywistością. Wokulski jednak nie należy do ludzi, których łatwo przekonać, że reklama była przesadzona. On się zawziął. Można mu tłumaczyć, że gorące, można ostrzegać, można pokazywać kolejne dowody na to, że rzeczywistość nie odpowiada jego wyobrażeniom, a on i tak będzie próbował dotknąć gorącego i się sparzy.

Izabela z kolei dostaje w serialu znacznie więcej sprawczości niż w tradycyjnych interpretacjach. Nie znaczy to, że staje się nagle świętą, współczesną bohaterką bez wad. Nadal jest naiwna, impulsywna, próżna i czasem zwyczajnie nierozsądna. Ale z czasem widz zauważy, że przestaje być wyłącznie "tą kobietą, która zniszczyła Wokulskiego". Jej pozorna bierność zaczyna mieć inne znaczenie, ponieważ serial mocniej pokazuje kobietę uwikłaną w konwenanse, zależności i oczekiwania swojej epoki. Sytuacja się komplikuje, kiedy bohaterka zaczyna się buntować wobec tym utartym schematom, w wykorzystuje do tego emancypację i walkę o wolność wszystkich kobiet.

Paweł Maślona Lalka recenzja serialu Netflix

Wokulski również traci część romantycznej aureoli. Serial nie pozwala nam tak łatwo zrobić z niego szlachetnego, nieszczęśliwego kochanka, który wszystko poświęcił dla miłości. To człowiek ambitny, momentami bezwzględny, nastawiony na interes, potrafiący manipulować, a jednocześnie bardzo zagubiony emocjonalnie i naiwny. Tomasz Schuchardt gra go jako bohatera, którego nie da się łatwo zamknąć w jednej kategorii: jednocześnie myślącego, kochającego, działającego, zdeterminowanego i rozpaczliwie próbującego zapanować nad własnymi emocjami.

Równie znacząco zmienia się Rzecki. Dariusz Chojnacki nie gra już człowieka uwięzionego przede wszystkim w napoleońskich wspomnieniach. Jego Rzecki jest partnerem i współpracownikiem Wokulskiego, człowiekiem mocno osadzonym w teraźniejszości. To istotna zmiana, gdyż serial odsuwa na bok obraz starego subiekta jako symbolu przemijania i robi z niego aktywnego uczestnika historii. Dzięki temu również on przestaje być pomnikiem literackiej postaci, a staje się częścią nowej układanki.

Największą prowokacją serialowej "Lalki" nie jest chyba jednak alkohol, przekleństwa czy współczesny język, ale to, że twórcy pozwalają bohaterom Prusa wyjść poza role, które przez lata przypisywała im szkolna interpretacja. Wokulski przestaje być wyłącznie wzorcowym przykładem bohatera rozpiętego między romantyzmem a pozytywizmem. Można spojrzeć na niego również jak na człowieka, który obsesyjnie próbuje zdobyć kobietę, wykorzystując do tego majątek, wpływy i kolejne strategie. W powieści ta obsesja bywa wręcz niepokojąca – wystarczy przypomnieć scenę, w której Wokulski obserwuje Izabelę z ulicy. Serial jednak nie sprowadza go do figury "stalkera", choć mógłby nim być. Dzięki Tomaszowi Schuchardtowi jest w nim przede wszystkim ogromna wrażliwość, samotność i desperacka potrzeba bycia dla kogoś ważnym pielęgnowana od najmłodszych lat.

Jeszcze większej metamorfozie ulega Izabela Łęcka. Netflixowa bohaterka nie chce już jedynie dobrze wyjść za mąż i zachować arystokratycznego stylu życia. Chce pisać, podróżować, mieć własną gazetę, decydować o sobie. Spotkanie z Elizą Orzeszkową uruchamia w niej pragnienie samodzielności, a wątek lekarki Zofii Dobskiej pozwala opowiedzieć o świecie, w którym kobieta może mieć wiedzę i ambicję, ale niekoniecznie prawo, by z nich korzystać. Izabela nie jest więc "lalką" pozbawioną własnego głosu. Jest kobietą, która dopiero odkrywa, że mogłaby chcieć od życia czegoś więcej, gdyby tylko ówczesne realia jej na to pozwoliły.

I właśnie tutaj serial zaczyna prowadzić z Prusem interesujący dialog. W powieści również istnieje przecież Izabela ze swoimi marzeniami, wyobrażeniami i potrzebą życia w świecie idealnym. Różnica polega na tym, że serial te pragnienia wyciąga na pierwszy plan, nadając im konkretny kształt. To rodzaj eksperymentu: co by było, gdyby Łęcka dostała szansę stać się kimś innym? Gdyby zamiast pozostawać przedmiotem cudzych planów, mogła sama zacząć projektować swoje życie?

Dlatego określenie tej "Lalki" mianem zwykłej ekranizacji jest zwykłą pomyłką. To raczej literacka metamorfoza – opowieść, która bierze postaci, konflikty i pytania Prusa, a następnie przesuwa je w stronę współczesnej wrażliwości. Zmienia się Rzecki, zmienia się Izabela, zmieniają się relacje między bohaterami, ale pozostaje coś znacznie ważniejszego: historia ludzi, którzy rozpaczliwie chcą być kimś innym, niż pozwala im na to świat. Wokulski chce przebić się do arystokracji, Izabela chce wydostać się z roli, którą wyznaczyło jej pochodzenie i płeć, Marianna próbuje odzyskać kontrolę nad własnym losem. Wszyscy na swój sposób walczą o sprawczość.

I właśnie dlatego serial może okazać się dla szkoły ciekawszy niż wierna ekranizacja. Nie dlatego, że zastępuje powieść, ale dlatego, że zmusza do jej ponownego otwarcia, prowokuje do dyskusji o roli kobiet we współczesnym świecie. Można zestawić scenę z serialu z odpowiednim fragmentem Prusa i zapytać: dlaczego twórcy to zmienili? Co zyskali, co stracili, jaki sens przesunęli? Wierna ekranizacja często pozwala jedynie sprawdzić, czy obraz zgadza się z książką. Ta "Lalka" robi coś trudniejszego – prowokuje do refleksji, gdzie kończy się Prus, a zaczyna współczesne odczytanie.

Co ciekawe, sama historia adaptacji pokazuje, że nie ma jednej, nietykalnej "Lalki", odzierając ją tym samym ze "świętości". Kolejne ekranizacje zmieniały szczegóły, akcentowały inne cechy bohaterów i tworzyły własne obrazy świata Prusa. Serial Maślony idzie po prostu znacznie dalej. Zamiast udawać, że XIX-wieczny tekst można bez strat przenieść na ekran, traktuje go jak materiał do twórczej rozmowy. I może właśnie w tym tkwi jego największa wartość: nie każe wybierać między książką a serialem, tylko zachęca, żeby sprawdzić, co wydarzy się pomiędzy nimi.


Ogromną siłą serialu pozostaje jego warstwa wizualna. Warszawa przedstawiona przez Maślonę jest wystawna, szczegółowa i niemal malarska. Kostiumy, scenografia, charakteryzacja i zdjęcia tworzą świat, który nie sprawia wrażenia muzealnej rekonstrukcji. Szczególnie na uznanie zasługują stroje Izabeli, choć właściwie cała warstwa scenograficzna działa tutaj na korzyść serialu. Widać tutaj teatralizację w dziewiętnastowiecznym podejściu do ubioru, w którym nawet zwykłe wyjście z domu wymagało niemal strategicznego planowania garderoby.

Przecież zawsze istniało ryzyko, że zobaczy go ktoś znajomy i następnego dnia "Kurier Warszawski" będzie miał o czym pisać. Dwie godziny przygotowań, ale przynajmniej człowiek wyglądał jak milion rubli. Dziś rola wyglądu i konwenansów już praktycznie nie istnieje. Świat stawia na modę typu fast-food – ma być szybko, wygodnie i byle jak, a tu proszę – każdy czuł się jak książę czy księżniczka. Pod tym względem serial przypomina, że kiedyś nawet codzienność miała w sobie znacznie więcej teatralności.

Na uwagę zasługuje również sposób, w jaki twórcy pokazują arystokrację jako ludzi żyjących w świecie używek, alkoholu i przywilejów. To drobne szczegóły, ale właśnie one sprawiają, że XIX wiek nie staje się wyłącznie dekoracją. Charakteryzacja, hazard, zmęczone twarze, ślady niehigienicznego stylu życia ponad możliwości coraz mniej zasobnego portfela, które niekoniecznie sprzyja zdrowiu – wszystko to dodaje wiarygodności. Serial momentami wygląda jak bardzo kosztowna pocztówka z epoki, ale na szczęście nie zatrzymuje się na samej estetyce.

Twórcy świadomie mieszają przy tym konwencje: melodramat spotyka się tu z czarną komedią, farsą i widowiskiem kostiumowym.

I tutaj dochodzimy do elementu, z którym mam największy problem, ale jednocześnie najbardziej interesującą dyskusję: do języka. Po dorosłym przeczytaniu "Lalki" każdy uzna, że pod tymi misternie zaangażowanymi rozmowami bohaterowie Prusa potrafią prowadzić rozmowę tak, jakby rozmawiali o pogodzie, podczas gdy pod spodem odbywa się pełnoprawna walka. Uśmiechy, ukłony, francuskie wtręty, uprzejme formułki i pozorna ogłada tworzą idealną maskę dla pogardy, ambicji, złośliwości czy walki o przewagę. Gra pozorów na najwyższym poziomie.

Paweł Maślona Lalka recenzja serialu Netflix

To jest jedna z największych przyjemności tej powieści. Prus nie musi pisać: "gardzę tobą". Czasem wystarczy odpowiednio skonstruowane zdanie, pauza, dobór słowa albo niewinna uwaga. Rozmówcy wyglądają, jakby dyskutowali o pogodzie, tymczasem między nimi odbywa się pełnoprawna szermierka słowna. Można powiedzieć komuś coś potwornie obraźliwego i jednocześnie zachować wszystkie zasady dobrego wychowania. Przegrany powinien jeszcze podziękować za interesującą konwersację. Ot takie wymogi formalne sfery i wychowania w tzw. Przyzwoitych formach.

Netflix odwraca tę sytuację. Tutaj zamiast szermierki częściej dostajemy kije bejsbolowe, którymi bohaterowie okładają się, gdzie popadnie, często na oślep, ale zawsze w punkt. Bohaterowie mówią sobie wprost, co myślą, ale pojawia się spora różnica – inwektywy nie są przerywnikami albo zapychaczami służącymi do wypełnienia luki, gdy postaciom brakuje słów do wyrażenia emocji.

Zamiast elegancko opakowanej pogardy pojawia się pogarda bez opakowania, zamiast sugestii – deklaracja, a zamiast gry między wierszami – komunikat wysłany prosto w twarz. Bluzgi i drobne przytyki pojawiają się bez większych ceregieli. Widać to chociażby w scenie, w której Izabela zaczyna marzyć o karierze autorki artykułów, po czym redaktorka szybko sprowadza ją na ziemię, zauważając, że pisze przecież głównie o strojach i pokojach. I trudno nie zapytać: znamy to? Taka dewaluacja wartości człowieka często sprowadzana jest do stwierdzenia: bogata i piękna to pewnie głupia i nie ma nic do powiedzenia.

Nie jestem przeciwniczką wulgaryzmów jako takich w filmie czy książce. Przeciwnie, uważam jednak, że przekleństwo działa wtedy, kiedy coś robi: buduje charakter, rytm, napięcie, żart albo sytuację. Jeśli ma tylko zastąpić dialog, staje się drogą na skróty. Puryzm językowy w tym przypadku został pominięty na rzecz uwspółcześnionych dialogów, którym twórcy serialu nadali większej realności. Współczesna dosadność nie jest tutaj więc wyłącznie efektem braku wyczucia. Ma pełnić funkcję. Skoro dziewiętnastowieczne konwenanse pozwalały ukrywać prawdziwe emocje pod warstwą uprzejmości, współczesny język ma te maski zdejmować. Bohaterowie przestają mówić tak, jak wymaga od nich klasa społeczna i zaczynają mówić tak, jak sami chcą. To paradoks: język bardziej brutalny staje się językiem emancypacji, walką z konsensami i o wolność słowa.

Patrząc na netflixową "Lalkę", łatwo zapomnieć, że Izabela Łęcka ma już długą historię ekranowych i scenicznych wcieleń. Zanim Beata Tyszkiewicz czy Małgorzata Braunek stworzyły role, które na lata zapisały się w pamięci widzów, Łęcką zagrała Nina Andrycz – jeszcze w 1952 roku, na deskach Teatru Polskiego w Warszawie. Jej Izabela miała być kobietą "z granitu i porcelany": wyniosłą, zamkniętą w swoim świecie, ale jednocześnie bardzo wyrazistą. To ważny szczegół, ponieważ pokazuje, że spór o to, jaka właściwie powinna być Łęcka, trwa właściwie od pierwszej adaptacji.

Późniejsze interpretacje poszły w zupełnie różne strony. Beata Tyszkiewicz świadomie ociepliła Izabelę, próbując pokazać ją nie jako zimną arystokratkę, lecz kobietę, która ma prawo odrzucić uczucie Wokulskiego i czuć się przez niego osaczona. Małgorzata Braunek zrobiła coś przeciwnego – postawiła na chłód, dystans i niemal posągową formę. Co ciekawe, sama Braunek widziała w swojej bohaterce nie pustą arystokratkę, ale świadomą własnej klasy kobietę, która kurczowo trzyma się świata rozpadającego się na jej oczach.

Na tym tle Sandra Drzymalska proponuje Izabelę najbardziej współczesną. Jej bohaterka zaczyna jako osoba przekonana, że świat został urządzony zgodnie z jej potrzebami, ale z czasem doświadcza zagubienia i odkrywa potrzebę niezależności. To już nie tylko kobieta, o której Wokulski marzy, ale pełnoprawna uczestniczka własnej historii. I właśnie tutaj najlepiej widać, jak zmienił się sposób czytania "Lalki". Dawniej pytaliśmy przede wszystkim, dlaczego Wokulski zakochał się w Izabeli. Dzisiaj coraz częściej interesuje nas również to, co dzieje się w głowie samej Izabeli. W tej produkcji pytamy raczej: dlaczego Izabela Łęcka nie chce Wokulskiego za męża.

Podobnie zmieniał się Wokulski. Mariusz Dmochowski, Jerzy Kamas czy dziś Tomasz Schuchardt nie grają przecież dokładnie tej samej postaci, choć wszyscy korzystają z tego samego literackiego pierwowzoru. Każdy aktor wydobywa z niego inny zestaw cech: romantyka, przedsiębiorcę, człowieka rozdartego między ambicją a uczuciem. W przypadku Schuchardta szczególnie istotne staje się pokazanie Wokulskiego jako bohatera, którego nie da się łatwo zamknąć w jednej kategorii. W porównaniu z wcześniejszymi wersjami Netflix mocniej przesuwa środek ciężkości w stronę jego emocji i wewnętrznego chaosu, przez co mniej interesuje go jako obserwator przemian społecznych, a bardziej jako człowiek, który próbuje zapanować nad własnymi pragnieniami.

I chyba właśnie na tym polega siła "Lalki" Prusa. Skoro po ponad siedemdziesięciu latach od pierwszej scenicznej Łęckiej wciąż możemy spierać się o to, kim właściwie powinna być Izabela, oznacza to, że bohaterowie tej powieści nie zastygli w jednej interpretacji. Każda epoka próbuje ich sobie na nowo wyjaśnić. Netflix robi to wyjątkowo bezczelnie, zmieniając akcenty i nadając swoim postaciom współczesną wrażliwość. Ale trudno uznać to za zdradę oryginału, skoro historia tej powieści od początku jest historią kolejnych prób odpowiedzi na pytanie, kim są Wokulski, Łęcka i świat, który ich ukształtował.

Ostatecznie Netflix zabiera więc widza na bardzo specyficzną imprezę: toksyczną, głośną i zdecydowanie nie dla każdego, ale jednak dziwnie znajomą. Mamy tutaj klasową pogardę, ludzi z pieniędzmi, którzy nie potrafią zaakceptować, że ich pieniądze kiedyś mogą się skończyć, nowych bogatych, którym wydaje się, że kapitał automatycznie daje im miejsce przy stole, i starych bogatych, którzy zrobią wszystko, żeby przypomnieć im, że jednak nie. Są pieniądze, za które można kupić prawie wszystko, poza tym, czego bohaterowie naprawdę pragną, ambicje, kompleksy, żółć, knucie, podkładanie świń i oczywiście złamane serca. Czyli – mimo wszystkich zmian – mamy tutaj bardzo dużo z oryginalnej "Lalki".

Każdy kto choć na chwilę oderwie się od pierwowzoru zorientuje się, że zamiast romantycznej fantazji o pięknym świecie mamy coraz wyraźniejsze poczucie, że pod tą całą wystawnością coś zaraz się zawali. Jest dynamicznie, niegrzecznie, momentami groteskowo i zdecydowanie pesymistycznie.

Maślona pozwala sobie przy tym na ton, którego po "Lalce" można było się najmniej spodziewać. Początek serialu bywa farsowy, groteskowy, chwilami wręcz absurdalnie leniwy. Arystokratyczne salony zostają pokazane jak teatr ludzi przekonanych o własnej wyjątkowości, podczas gdy za zamkniętymi drzwiami ich życie okazuje się znacznie mniej eleganckie. Ten humor nie jest jednak wyłącznie ozdobnikiem. Kontrastuje z biedą, społecznym wykluczeniem i dramatami ludzi znajdujących się poza uprzywilejowanym światem. Dzięki temu serialowa Warszawa nie jest jedynie dekoracją dla romansu Wokulskiego i Izabeli, ale żywym organizmem, w którym ścierają się różne klasy i interesy.

Na szczęście ma jeszcze jeden argument: drugi i trzeci plan. Wielokrotnie zdarza się, że poboczni bohaterowie kradną show Wokulskiemu i Izabeli, jak chociażby Florentyna (Julia Wyszyńska) wychowana w patriarchacie panna, która nawet przez chwilę nie ośmiela się sprzeciwić obowiązującym regułom salonowej gry.

Paweł Maślona Lalka recenzja serialu Netflix

To pokazuje, że "Lalka" nie jest wyłącznie historią tej dwójki, lecz całym społecznym organizmem, w którym każdy próbuje ugrać coś dla siebie. Maria Kania jako Marianna szczególnie mocno przyciąga uwagę, zwłaszcza w scenach dramatycznych i tragikomicznych, ale podobnych momentów jest więcej. Czasami to właśnie bohaterowie stojący z boku okazują się najciekawszymi przewodnikami po świecie przedstawionym.

Oczywiście takie podejście wymaga od widza zaakceptowania dużej ingerencji w oryginał, a niektóre rozwiązania mogą zirytować tych, którzy "Lalkę" znają niemal na pamięć. Współczesnych widzów, przynajmniej niektórych, mimo wszystko, jednak być może bardziej interesuje to, czy serial potrafi uruchomić tę historię na nowo niż czy odtwarza ją bez najmniejszego odstępstwa. I pod tym względem działa: zmusza do ponownego spojrzenia na bohaterów, ich relacje oraz społeczne mechanizmy, które wcale nie okazały się tak odległe od naszych czasów.

Być może właśnie dlatego najbardziej bezczelna wersja "Lalki" może paradoksalnie zrobić Prusowi najlepszą reklamę. Jeśli serial sprawi, że ktoś poza Polską zainteresuje się Wokulskim, Izabelą czy samą powieścią, jego odejście od pierwowzoru przestanie być problemem, a stanie się początkiem kolejnej rozmowy. Ja zaś wolę przyjąć tę "Lalkę" taką, jaka jest: nieposłuszną, efektowną, momentami irytującą, głośną, ale wystarczająco żywą, prawdziwą i pragnącą przypomnieć, że klasyka zaczyna się na nowo wtedy, gdy przestaje być pomnikiem.

Recenzowała

Chcesz podzielić się ciekawym newsem lub zaproponować temat do rozmowy albo żebym przeczytała i zrecenzowała Twoją książkę? Skontaktuj się ze mną, pisząc maila na adres: sylwia.cegiela@gmail.com.

Dziękuję, że przeczytałaś/eś ten artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z kolejnymi nowościami wydawniczymi lub ciekawymi historiami, zapraszam do mojego serwisu ponownie!

Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie tylko i wyłącznie za zgodą Autorki niniejszego portalu.

Komentarze


Wyróżnione recenzje