Najnowsze

Joanna Łopusińska: Książki to też ludzie

Joanna Łopusińska – krakowianka, plastyczka i absolwentka egiptologii Instytutu Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. W swoim życiu zajmowała się wieloma dziedzinami, ale teraz postanowiła – po 10 latach pisania – wydać swoją powieść pt. „Śmierć i Małgorzata” (recenzję możecie przeczytać tutaj), która w swojej historii porusza wiele ważnych wątków. Jest tu samotność, skomplikowane relacje bohaterów, toksyczne związki międzyludzkie, a to wszystko scala śmierć. Autorka opowiada mi o procesie powstawania książki, o swoich emocjach związanych z jej powstawaniem oraz po prostu o życiu. Premiera już 11. sierpnia, a tymczasem zapraszam Was do przeczytania wywiadu. 


Już 11 sierpnia oficjalnie zadebiutujesz jako pisarka za sprawą powieści pt. „Śmierć i Małgorzata”. Denerwujesz się? Jakie uczucia Ci towarzyszą? 

Joanna Łopusińska: Chciałabym odpowiedzieć, że trudno jest to wszystko opisać, ale skoro debiutuję jako pisarka, to chyba nie mam możliwości, żeby rzucić coś takiego całkiem na serio (śmiech). Uczucia… Duma, ulga… Bardzo długo pisałam swój debiut – prawie dekadę – więc wydanie go traktuję jako zwieńczenie pewnego, dość długiego okresu w życiu. Od kiedy nauczyłam się pisać, pisałam opowiadania. Pierwsze powstało kiedy miałam 7 lat. Chyba zawsze marzyłam o zostaniu pisarką. Czuję dumę i ulgę, że to pragnienie, ta potrzeba, właśnie się spełnia. 

Co czuje początkująca autorka trzymając książkę sygnowaną własnym nazwiskiem? 

Fantastyczne uczucie! Tak jak już wspomniałam to ukoronowanie dekady życia. Dodatkowo miałam spory udział w projektowaniu okładki, tekstach na niej umieszczonych i oczywiście w samej korekcie. Może dlatego książkę odbieram jako naprawdę własną. 

Co było przyczyną napisania książki „Śmierć i Małgorzata”? Jak wyglądał proces jej powstawania i skąd się wziął u Ciebie tak głęboko rozpisany wątek śledztwa? 

Miałam do opowiedzenia historię i starałam się znaleźć dla niej jak najciekawszy z punktu widzenia czytelników środek wyrazu. Zawsze lubiłam kryminały, thrillery, ale i literaturę piękną, filozoficzną, metafizyczną. Chyba gdzieś to wszystko znalazło w moim debiucie swoje miejsce. Jeśli chodzi o proces to tak jak wspomniałam, wyszłam od realnego zdarzenia, wokół którego budowałam fikcyjną fabułę. Po części ta książka jest bardzo o mnie. 
A jeśli chodzi o wątki śledcze to zrobiłam dogłębny research, w którym pomagała mi moja mama, policjantka, stad nie znajdziecie raczej w książce tak częstych w literaturze gatunkowej błędów i potknięć jeśli chodzi o procedury etc. 

W powieści bardzo wyraźnie został zarysowany motyw samotności i wiążącego się z nią wyobcowania, niedopowiedzeń. Jaka jest przyczyna samotności bohaterów powieści? 

Oh, trudny temat! Książkę – jak wspomniałam – pisałam długo, więc mam wrażenie, że mnóstwo się na niej nauczyłam, a jednocześnie ona dorastała ze mną. Dorastali też ze mną moi bohaterowie. Wiele przeżyć, które stały się ich udziałem najpierw stało się mnie albo przydarzyło się moim bliskim, znajomym. Dużo zawsze korzystam z własnych i cudzych doświadczeń, więc pytanie o samotność bohaterów jest pytaniem o naszą własna samotność. Skąd się bierze? Sądzę, że – najogólniej mówiąc – z lęku. Przed poznaniem siebie, samym sobą, czego konsekwencją jest lęk przed innymi ludźmi, bliskością z nimi, odsłonieniem się. Do tego dochodzą traumy, które nieprzepracowane niesiemy przez życie. One chyba najbardziej zaburzają nasze relacje z innymi. 

Czym w takim razie jest samotność dla Ciebie samej? 

Zacytuję kawałek mojej nowej, piszącej się, powieści: „Mia cieszyła się perspektywą słodkiej samotności. Samotność jest słodka jednak tylko wtedy, kiedy w gruncie rzeczy nie jesteśmy sami, kiedy wiemy, że ktoś bliski, kochany, pojawi się za parę godzin, za dzień czy dwa. Tak można być samotnym!, myślała uśmiechając się”. Samotność to dla mnie sytuacja, w której nie ma nikogo do kogo mogę zwrócić się i zostać zrozumianą, wysłuchaną; albo wydaje mi się, że tak jest. Szczęśliwie bardzo rzadko mi się to zdarza. Zawsze są wokół mnie ludzie, blisko czy daleko, dla których jestem ważna, i którzy są dla mnie kiedy ich potrzebuję. 

Z powodu zaburzonych relacji między najbliższymi bohaterowie książki nie potrafią się ze sobą porozumieć. Wychodzi na to, że praktycznie nic o sobie nie wiedzą, co najbardziej widać w relacji Henryka i nieżyjącej Małgorzaty. Każdy tutaj żyje razem, a jednak osobno. Czy nie uważasz, że właśnie samotność mogła wpłynąć na śmierć bohaterki? Być może, gdyby inni wiedzieli o niej więcej, nie doszłoby do tego… Być może właśnie zawiodła jakość relacji? 

Myślę, że masz bardzo dużo racji stawiając taką diagnozę. Nie myślałam jednak o tym w ten sposób. Sądzę, iż każdy z nas ma w sobie taką małą wyspę, która zostawia tylko dla siebie i której z nikim nie dzieli, o której nikomu nie opowiada. Małgorzata cała była taką wyspą. Tak głęboko przeżywała siebie, ludzi i świat oraz doświadczała tego wszystkiego na takim poziomie wrażliwości, że po prostu nie pasowała tu i nie mogła pasować. Możliwe, że też po prostu, jak pisze w pamiętniku, „gdzieś po drodze się zepsuła”. Kto czytał, ten wie czym było to „po drodze”. 

Dlaczego relacje między bohaterami są tak trudne? Jak udało Ci się stworzyć tę pajęczynę kłamstw i niedopowiedzeń? Miałaś swój ustalony plan, schemat zachowań czy jednak pisałaś pod wpływem impulsu twórczego? 

Sama nie wiem jak to się stało, że to wszystko co dzieje się między bohaterami jest takie mroczne… Stworzyłam pierwsze postacie. Rozpoznałam problemy, a reszta była logiczną konsekwencją tego, co się dzieje oraz tego, co się wydarza czyli w zasadzie tego, kim są moi bohaterowie. Wyszłam z tą historią od rzeczywistej śmierci istniejącej dziewczyny. Moja dawna znajoma opowiedziała mi tę historię, która stała się asumptem do dopowiedzenia fabularyzowanej reszty. 


Kim jest Henryk w oczach Joanny Łopusińskiej? Jakbyś go określiła? 

O kurczę! W ogóle nie analizuję swoich bohaterów od zewnątrz (śmiech). Oni wszyscy są we mnie, mocno zinternalizowani! W tej chwili wszyscy są trochę mną. Kim jest Henryk? Trzydziestoletnim facetem zagubionym gdzieś między byciem dzieckiem, a byciem mężczyzną. Znam bardzo wielu takich mężczyzn. Niektórzy przekroczyli już 40-stkę (śmiech). 

A Małgorzata? Co możesz o niej powiedzieć, aby nie zdradzać za dużo? Jaką ma osobowość? 

Małgorzata to tajemnica, enigma. Człowiek zmagający się sam ze sobą. Kobieta nie umiejąca się w byciu kobietą odnaleźć. Wrażliwa, opiekuńcza, czuła. Dobra dla wszystkich, poza samą sobą. Czasem myślę, że tak jak niektórzy ludzie, ma w sobie pewien defekt, polegający na tym, że nie umie żyć; nie widzi, na poziomie własnej partykularnej egzystencji, sensu bycia w świecie. 

Jaką rolę odgrywa prokurator Maja? 

Jest niezbędna dla rozwoju powieści, dzięki niej i także przez nią rożne wydarzenia są możliwe. Chciałam pokazać, co z kobietą robi pożądanie, do jakich rzeczy zdolna jest dla mężczyzny, którego pragnie. I to mimo (!) całej swojej bystrej inteligencji. Sądzę, że mnóstwo kobiet odnajdzie się w jej postaci. Ja z pewnością się w niej odnajduję! 

Kim są postaci z Twojej powieści? Czy mają swoje pierwowzory w życiu nie tylko literackim? 

Jak wspomniałam postaci są fikcyjne, obdarzałam je jednak znanymi z własnego lub cudzego doświadczenia cechami charakteru, motywacjami etc. Są mną, są moimi znajomymi, są w końcu ludźmi zmyślonymi. 

Wspomniałaś podczas Naszej rozmowy, że tę książkę pisałaś aż 10 lat. To bardzo długo. Jak Ci się udało nie znudzić tą historią? Miałaś na to jakieś patenty? 

To, co dziś czytacie to 3 wersja tej powieści, która dojrzewała razem ze mną. W pewnym momencie dwa lata temu była już napisana ale… nie czułam, że to już jest TO. Dlatego przepisałam ją na nowo, mam nadzieję, uzyskując spójność zarówno stylu, jak i treści. Nie znudziła mnie, ponieważ mnie ludzie nie nudzą (śmiech). A moi bohaterowie są dla mnie ludźmi. Jak kiedyś powiedziałam mojemu przyjacielowi: książki to też ludzie. 

Czyli ten czas spędzony nad pisaniem spowodował, że czujesz więź z bohaterami powieści? Czy w takim razie żyjesz ich problemami tylko w momencie pisania, aby po jego zakończeniu natychmiast wrócić do rzeczywistości? Jak to u Ciebie wygląda? 

Czuję się z nimi bardzo związana. Jak wspomniałam, oni są po części mną. Przeżywają to, co ja przeżywałam. Czują to, co ja czułam. Dzielą moje przemyślenia. Kiedy piszę, książka i bohaterowie żyją we mnie. Oni cały czas są ze mną, z tyłu głowy. Nabierają kształtu, doświadczają nowych „przygód”, więc zawsze żyję trochę w rzeczywistości, a trochę w swojej wyobraźni, w procesie twórczym. 

W książce poruszasz trudne życiowe kwestie. Skąd u Ciebie wziął się pociąg do tego rodzaju niepięknych historii? Czy uważasz, że na pewne tematy po prostu pisze się łatwiej? 

Piszę o życiu jakie znam, jakie znają moi bliscy, faktycznie trochę przebarwionym, ale w gruncie rzeczy takim, jakiego doświadcza wielu z nas… Nikt nie może zarzucić mi, że problemy, postawy, zachowania bohaterów nie są realistyczne, że coś dzieje się deus ex machina, że zakończenie wzięłam „z kosmosu”. Pamiętam swoje własne rozczarowanie, kiedy wielokrotnie czytam, skądinąd dobre powieści, w którym bohaterowie zachowują się niezgodnie z tym, kim są, a rzeczy dzieją się same z siebie, zakończenia zaś każą zastanawiać się nad tym, czy przypadkiem marketing wydawcy nie nabił nas w butelkę! W swojej powieści chciałam tego uniknąć. 


Czy swoją powieść traktujesz jako misyjną? Dla kogo ją napisałaś i co czytelnik powinien wynieść z tej historii? 

To rzeczywiście trochę taka powieść pozytywistyczna, w sensie użytkowa, czyli propagująca pewne myśli i idee. Nie chcę nikomu narzucać, co powinien z powieści wynieść; dla mnie to mój głos w sprawie kobiet. Myślę, że każdy czytelnik, każda czytelniczka jest w stanie ten głos rozpoznać. 
Jeśli chodzi o to, dla kogo pisałam tę książkę, to dedykuję ją każdemu. Można ją bowiem odczytywać na różnych poziomach: thriller na weekend, opowieść o, jak wspomniałaś, samotności i wyobcowaniu, dysfunkcyjnych rodzinach, a w końcu jako głos w dyskursie feministycznym. Można też tropić treści filozoficzne, metafizyczne, czy odniesienia literackie. Jak sobie czytelnik życzy! 

A propos odniesień literackich, już sam tytuł, a potem również wspomnienie nawiązuje do książki Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”, jaką role odgrywa ten tytuł w fabule i oczywiście w życiu tytułowej bohaterki? 

Nie wiem, na ile jasne będzie to dla czytelników powieści, mojej i Bułhakowa… ale Śmierć jest dla mojej Małgorzaty tym, kim dla Małgorzaty Bułhakowa był Mistrz. Najważniejszym doświadczeniem. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, CZYM dla mojej bohaterki Śmierć jest w swojej istocie, żeby dobrze to zrozumieć. To ta warstwa metafizyczna, którą trzeba sobie trochę dopowiedzieć, ale też nie jest to niezbędne, żeby książkę dobrze się czytało! 

Czym więc jest owa Śmierć dla Małgorzaty w wymiarze metafizycznym? 

To koncepcja, która rosła we mnie od bardzo dawna, być może całe życie. Dość trudno mi o niej mówić, ponieważ wciąż badam ten temat. Wyrosła na gruncie paru myśli starożytnych Greków, kilku mitów Australijskich Aborygenów, w końcu literatury, na którą trafiałam m.in. kilku pozycji cytowanego w formie motta Aleksego Remizova, rosyjskiego pisarza modernistycznego. Najogólniej rzecz ujmując, Sen jest Śmiercią, a Śmierć jest Snem. Śniąc, zanurzamy się w Śmierci, umierając zanurzamy z kolei we Śnie. W tej koncepcji Śmierć jest dobrą znajomą, spotykaną każdej nocy. Nie należy się jej bać, a przyjąć ją jako kolejny etap naszego „bycia”. 

Jak radzisz sobie z tymi emocjami, które w pewnym momencie podczas pisanie muszą się jednak pojawić? 

Jestem bardzo empatycznym człowiekiem, dlatego pewnie wszystko przeżywam z moimi bohaterami. Sądzę, że życie jest pełniejsze, kiedy przeżywa się emocje. Nie tylko te dobre, ale również te złe oraz te, które łamią nam serca, lecz i te, dzięki, którym nasze serca się zrastają. Jedyny problem mam z przeżywaniem złości; to coś, czego wciąż nie potrafię. Po prostu nie wiem, co miałabym z ta emocją zrobić, jak się nią posłużyć! Dlatego sceny wściekłości były dla mnie szczególnie trudne do napisania, ponieważ miałam problem z ich głębokim przeżyciem. 

Jakie warunki muszą zostać zachowane, abyś mogła pisać? 

Lockdown! Ha, ha, ha. Nie powinnam z tego żartować ALE lockdown w UK stworzył mi doskonałe warunki do pisania. Przez 3 miesiące nie pracowałam, otrzymywałam jednak częściowe podstawowe wynagrodzenie. Donikąd nie mogłam pojechać, więc kończyłam research do drugiej powieści, robiłam wywiady, a przez ostatnie półtora miesiąca pisałam. Szło mi świetnie. Przez ten czas napisałam prawie 150 stron zupełnie nowej powieści („Śmierć i Małgorzata” miała 280 w pliku przesłanym wydawcy). Gdybym miała kolejne dwa miesiące, prawdopodobnie bym ją skończyła. Dlatego debiut pisałam tak długo. Toczące się wokół mnie życie oraz życie, którym żyję, z jednej strony karmi moje pisanie, z drugiej prawie je uniemożliwia. W 100% więc rozumiem rutynę pisarską Remigiusza Mroza, mam tak samo, kiedy, oczywiście, mogę. 


Kiedy opowiedziana historia niezależnie od tego, czy wychodzi ona spod Twojego pióra czy spod pióra innego autora jest dla Ciebie wartościowa? Kiedy uważasz książkę za skończoną? 

Bardzo lubię poczytać czasem chłam. Naprawdę. Jestem wielką fanką romansów historycznych, tych z najniższej półki. Tak pięknie opowiadają o miłości! Co to znaczy książki wartościowe? Chyba takie, które coś w nas zostawiają, czegoś nas uczą. Jednak taką może być każda książka, nawet wspomniany i tak wyszydzany często romans. Kiedy książka jest skończona? Kiedy jest wydana (śmiech). 

Skąd u egiptolożki i plastyka zarazem wziął się nagle pomysł na pisanie? 

Piszę opowiadania od kiedy nauczyłam się pisać, choć bardzo, bardzo mało. Po prostu niewiele tematów naprawdę mnie porusza; przynajmniej nie na tyle żeby o nich pisać. Nie nazwałabym swojego pisania pomysłem, to raczej głęboka potrzeba wyrażania siebie. 

Już wiem, że spod Twojej ręki wychodzą niebanalne historie, ale ciekawi mnie, jakie książki czytasz i jakie historie wciągają Cię najbardziej? Co znajdziemy w Twojej domowej biblioteczce? 

Wszystko! Jak wspomniałam, uwielbiam tanie romanse dziejące się w Anglii w czasach regencji. Jestem fanką Jane Austen, której książki są dla nich niejako pierwowzorem. Moim ukochanym pisarzem jest Albert Camus. Niedawno czytałam nowe tłumaczenia jego „Obcego” i „Upadku”, które zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. 
Bardzo lubię Doris Lessing, Donnę Tartt, Agnetę Plijej, Lucię Berlin, Annie Proulx… Ostatnio bardzo podobał mi się „Mój rok relaksu i odpoczynku” Ottessy Moshfeg. 
Kocham dobre kryminały. Moimi ulubionymi pisarkami są Tess Gerritsen, Karin Slaughter i Nele Neuhause. Lubię też Francuzów Jeana Philipa Grange i Bernarda Miniera. Lubię biografie, ostatnio przeczytałam „Buntowniczki” Charlotte Gordon, o losach Mary Shelly i jej matki Mary Woolstonecraft. Wspaniała lektura! 
Czasem czytuję poezje. Czasem też trafiam na dobrą polską literaturę, ostatnio „Stramera” Mikołaja Łozińskiego. Mam całą listę książek do przeczytania! Właśnie zauważyłam, że jakoś mało tu mężczyzn!… Ale oni też są na moich półkach. Julian Barnes i przewspaniały Jonathan Franzen – niedościgniony wzór jeśli chodzi o materię języka. 

Jakie cechy musi mieć w sobie autor książek (celowo piszę ogólnie)? Czy raczej powinien być fantastą, a może bardziej archeologiem, poszukiwaczem? 

Bardzo trudno jednoznacznie odpowiedzieć. W związku z moim postulatem, że książki to też ludzie, uważam, że ile książek, tylu autorów. 

Jesteś laureatką 3 nagród: konkursu na dramat współczesny ogłoszonego przez Krystiana Lupę w Teatrze Starym (2004), konkursu prozatorskiego im. Zdzisława Morawskiego (2008) oraz w tym roku Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Jak doszło do przyznania Ci tych wyróżnień. Które z nich stanowi dla Ciebie największą wartość? 

Dramat, który wyróżnił Krystian Lupa napisałam jeszcze w liceum. Chodziłam do szkoły plastycznej, w której nauka trwała 5 lat. Miałam wtedy 19 lat. To było ważne wyróżnienie, ponieważ później zaproszono mnie na warsztaty z Sundance Institute. Do Krakowa na warsztaty pisarsko-tłumaczeniowe ściągnięto młodych pisarzy, dramaturgów, tłumaczy z pilotażowego kursu na UW (na tamtych warsztatach poznałam jedną ze swoich serdecznych do dziś przyjaciółek). Warsztaty dla dramatopisarzy prowadził Doug Wright, który w tamtym roku dostał Pulitzera za swoją sztukę „I am my own wife”, którą miałam przyjemność oglądać wtedy w Starym Teatrze. Niezwykłe doświadczenie! 
Bardzo ważna jest dla mnie ostatnia nagroda Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Poczułam się dzięki niej częścią środowiska, do którego zawsze chciałam należeć! 

Od ponad roku mieszkasz też w Oksfordzie, gdzie pracujesz i żyjesz. Co skłoniło Cię do wyjazdu? Jak się czujesz na emigracji? Czy wiążesz swoją przyszłość właśnie z tym miejscem? 

Przeniosłam się do UK z uwagi na zmiany w życiu osobistym. Jak się czuję na emigracji? Zaskakująco dobrze! Zawsze uwielbiałam Anglię – jej krajobrazy, wybrzeża, muzea i zabytki. Zawsze też dobrze się tu czułam. Angielski jest także jedynym językiem, którego byłam w stanie się nauczyć. Sądzę, że zostanę tu jakiś czas. Nigdy nie mieszkałam i nie pracowałam za granicą. To dla mnie pierwszy raz. Podoba mi się łatwość życia tu, brak presji i zmniejszone oczekiwania co do tego, kim się jest i jak powinno się żyć, żeby społeczeństwo uznało to za wystarczająco wartościowe. 


Przygotowujesz się teraz do pisania kolejnej powieści, której akcja rozgrywa się w Szwajcarii. Będzie to “Zderzacz. Opowieść zimowa” – thriller naukowy. Opowiesz trochę więcej o jej powstaniu? 

Ta powieść wynika wprost z tego, jakie było w ostatnich nastu latach moje życie. Ze wszystkich dyskusji naukowych, wszystkich spotkań w różnych krajach, jakie odbyłam towarzysząc mojemu partnerowi w jego researchu. Konstrukcja powieści oraz główny jej wątek opierają się na jego, nieopublikowanej jeszcze, pracy naukowej o regule przypadku. Sądzę, że to będzie fascynująca historia i cieszę się, że mam zupełnie unikatową możliwość jej opowiedzenia! 

Dziękuję bardzo za poświęcony mi czas. Życzę powodzenia na premierze oraz przy pisaniu kolejnej książki.

Rozmawiała

Brak komentarzy