Najnowsze

Agata Komorowska: Tylko miłość i empatia oraz szacunek do siebie i innych nas uratują

Z Agatą Komorowską – autorką wielu poradnikowych książek, m.in. „Depresjologii” oraz „Optymizm mimo wszystko” rozmawiałam już o jej pierwszej książce (wywiad do przeczytania tutaj), potem napisałam recenzję drugiej (tutaj), a teraz czas przyszedł na kolejną ważną rozmowę z cyklu tych „must have”, bowiem niedawno ukazało się jej kolejne wydawnictwo, ale tym razem w formie elektronicznej – chodzi o tytuł „Pandemiologia – emocje w kryzysie”, w którym porusza problemy z ostatnich miesięcy, czyli epidemii oraz związanej z nią izolacji społecznej w obawie przed rozprzestrzenieniem się koronawirusa. 

Jak w jej oczach wygląda sytuacja, jakie skutki przyniesie narodowa kwarantanna. Jak objawia się strach oraz ludzka nienawiść do drugiego człowieka spowodowana chorobą? I czy faktycznie powinniśmy się tak bać? A może to ma być dla nas jakaś lekcja, taki sprawdzian na człowieczeństwo i pretekst do zatrzymania się oraz zastanowienia nad własnym losem, a także czas na naprawienie relacji rodzinnych? 

O to wszystko pytam Agatę, więc zapraszam do lektury. 


„Pandemiologia” to książka z gatunku tych okolicznościowych. Teraz wszyscy mówią i myślą o epidemii. Po co w zasadzie napisałaś tę książkę?

Agata Komorowska: Z potrzeby. Uznałam, że skoro ja potrzebuję ją napisać, to jest też ktoś, kto potrzebuje ją przeczytać. W książce “Pandemiologia emocje w kryzysie” skupiam się właśnie na emocjach. Pandemia i związane z nią nakazy, zakazy oraz zagrożenia powodują prawdziwą burzę emocjonalną w każdym z nas. Każda burza jest źródłem niewyobrażalnej energii, a ta może niszczyć albo budować. W książce pokazuję, jak przekierować tę energię z destrukcyjnej na konstruktywną. 

Po co w ogóle pisze się takie książki? 

Po to, żeby inspirować i pomagać. Autorzy zwykle piszą tego typu poradniki, by swoim doświadczeniem pomóc czytelnikom. Łatwiej jest poradzić sobie z problemami i wyzwaniami, wiedząc, jak ktoś sobie z nimi poradził. Od początku kwarantanny zapisywałam to co dzieje się w mojej rodzinie i w naszych emocjach. Notowałam szczegółowo, jak sobie z tym radzimy. To są konkretne narzędzia, które każdy może zastosować w sowim życiu. 

Czym jest dla Ciebie osobiście pandemia? 

Wyzwaniem, którego jestem ciekawa. Jestem obserwatorem ludzkich emocji. Przyglądam się, jak sama reaguję na pandemię i jak robią to inni. Wyciągam wnioski, uczę się siebie, uczę się ludzi. Pandemia jaskrawo podkreśla kryzys wartości na całym świecie, gdzie na pierwszym miejscu stoją władza 
i pieniądze. 

Dobrze, że wspominasz o świecie, który mam wrażenie właśnie teraz się zatrzymał, ludzie zwolnili dosłownie na każdym polu – co to zrobiło ze społeczeństwem. Jakie zmiany, reakcje zauważyłaś jako obserwator ludzkich emocji? Pewnie będzie tyle samo negatywnych co pozytywnych? Jakie jest teraz podejście ludzi do życia? 

Cała gama od panicznego lęku po totalne wyparcie. Obecnie duża część społeczeństwa stara się wyprzeć pandemię, chociaż wirus stoi już u naszego progu. Na wiosnę prawie nikt nie znał kogoś kto zachorował na COVID. Dzisiaj każdy już kogoś zna. Jednak nadal króluje wyparcie. Polega ono teraz na tym, że wybieramy łagodne przypadki i mówimy: “O, widzicie, to zwykła grypka, czego tu się bać?”. WYPARCIE jest elementem żałoby po stylu życia, który straciliśmy lub właśnie tracimy. 

Piszę o tym w książce. Kiedy nie jesteśmy w stanie zmierzyć się z rzeczywistością i jej konsekwencjami wypieramy istnienie faktów w całości. To właśnie dzieli nas obecnie najbardziej. Ktoś, kto funkcjonuje na etapie wyparcia, będzie gotów ukręcić głowę temu, kto już jest na etapie akceptacji, by tylko nie musieć mierzyć się z tym, co go przerasta. A wyobraź sobie, co się dzieje kiedy spotykają się osoby, które są na etapie wyparcia z tymi, które akurat przeżywają złość… Nie mówię tego z pogardą dla sceptyków. Po prostu stwierdzam fakty. To jest zupełnie normalny mechanizm obronny każdego z nas. Tyle, że w przypadku epidemii, może przyczynić się do szerzenia choroby. Ludzie biegający bez maseczek, masowo uczestniczący w zgromadzeniach i ignorujący zalecenia WHO mogą przyczynić się do szerzenia zarazy. Na etapie wyparcia ważny jest szacunek do tych, co mają odmienne zdanie. Wystarczy powiedzieć: “OK, ja w to nie wierzę, ale tak na wszelki wypadek zastosuję się do zaleceń.” To żadna ujma na honorze. Ale my, czyli społeczeństwo wolimy napluć na sąsiada, by udowodnić mu, że się niczym nie zarazi. Mówię tu o faktycznym zdarzeniu. Mój syn, który w autobusie poprosił dojrzałą kobietę o założenie maski, został przez nią opluty, po czym usłyszał szyderczy komentarz: “Ciekawe czy się zaraziłeś.” Wzrastający poziom wrogości w społeczeństwie obniża odporność stada. To sformułowanie zawsze mnie bawiło, więc się do niego odnoszę. Jeśli mamy podnieść odporność stadną, to wyłącznie poprzez szacunek, empatię i miłość do drugiego człowieka. 


Gdybyś miała wymienić kilka rzeczy, które powinno się lub nie powinno robić podczas pandemii, co by to było?

1) Nie oglądać telewizji. 
2) Nie słuchać radia. 
3) Czytać wyłącznie obecne zalecenia WHO i alerty RCB, żeby nie narobić sobie kłopotów. Ja nie przeczytałam i poszłam pisać w osiedlowej kawiarni. Okazało się, że właśnie od tego dnia już nie można. Wróciłam z kwitkiem 
i szarlotką na wynos. 
4) Otoczyć siebie i najbliższych czułością, szanować swoje i ich emocje. Dawać sobie i im prawo do ich wyrażania. 
5) O wysypianiu się, zdrowym odżywianiu i świeżym powietrzu gadać nie będę, bo robią to wszyscy. 
6) NIE WALCZYĆ z zaleceniami, fachowcami, specjalistami, systemem, sąsiadami i najbliższą rodziną. To zasadniczo obniża naszą odporność 
i wpędza w trudne stany psychiczne. 

Pytanie, które należy sobie zadać to PO CO? Po co walczę? Czy to coś zmieni? Czy to sprawi, że lepiej się poczuję? Zazwyczaj walczymy przede wszystkim o zachowanie kontroli. Jeśli czujemy, że mamy kontrolę, to mamy wrażenie, że kontrolujemy również wirusa. Jednak w takich okolicznościach znacznie zdrowiej jest odpuścić. Częstować ludzi życzliwością i czułością. 

W ten sposób wzmacniamy i pomnażamy to co wysyłamy w świat. Wczoraj moja córka z koleżanką bawiły się w lesie. Budowały szałas. Odeszłam nieco dalej z psem i straciłam je z oczu. Kiedy wróciłam, Ada była bliska łez. Podczas około siedmiu minut mojej nieobecności zostały dwukrotnie opieprzone przez spacerujących, że przenoszą gałęzie, a potem, że odnoszą je na miejsca. Wyobrażasz to sobie?! Byłam w szoku. Poziom napięcia w społeczeństwie jest tak wysoki, że ludzie instynktownie szukają słabszych, by się wyżyć, by upuścić trochę swojej złości. Dzieci są najbardziej narażone. O tym również piszę w PANDEMIOLOGII. Złość to jeden z etapów żałoby. Może być najbardziej niszczący albo najbardziej twórczy. Złość należy wyrazić, ale nie poprzez wyżywanie się na dzieciach, czy to własnych czy obcych. Trzeba ją umiejętnie przekierować. A uwierz mi, człowieka napędzanego złością nic nie zatrzyma. W takim stanie może zdewastować sobie i innym życie albo zbudować niewyobrażalne cuda. 

Na początku wybuchu epidemii byliśmy skazani na społeczną izolację. Każdy musiał sobie z tym radzić na swój sposób. Święta i spotkania rodzinne już nie były takie same i chyba nadal nie są. A co u Ciebie zmienił ten czas? Jak funkcjonowałaś? 

Początek epidemii był wielkim chaosem. Tylko, że ja wiem, że chaos jest zderzeniem końca i początku. Dlatego w jakiś pokręcony sposób lubię chaos. Staję z boku i przyglądam się, co z tego wyniknie. Jestem tego ciekawa. Nie oznacza to, że burza emocjonalna mnie omija. Nie omija, ale ja to akceptuję. Akceptuję chaos i kryzys, bo są częścią życia. Potrafią jednym trafnym kopnięciem wypchnąć nas ze strefy komfortu i zmusić do poszukiwania nowych rozwiązań. Nauczyłam się, że nie ma co kurczowo trzymać się tego, co było przed tym kopniakiem, bo to już nie wróci. Trzeba nauczyć się żyć TERAZ i patrzeć w przyszłość, wyciągając wnioski i ucząc się na przeszłości. W czasie kwarantanny najtrudniej było mi znaleźć czas tylko ze sobą. Ja tego potrzebuję. Jestem bardzo niezależną jednostką i potrzebuję pobyć ze sobą w samotności. Na początku pandemii było to niemal niemożliwe. Na szczęście wychowuję moje dzieci w szacunku do potrzeb drugiego człowieka. Dlatego to one właśnie pomogły mi zorganizować ten czas tylko dla siebie. Starsi synowie zajmowali się młodszymi dziećmi podczas kiedy ja wsiadałam w samochód, jechałam na pobliski parking, rozkładałam laptopa i pisałam PANDEMIOLOGIĘ. Moje dzieci szanują moje potrzeby. Nauczyły się tego obserwując i doświadczając mojego szacunku do ich potrzeb. To właśnie o kryzysie rodziny i jak temu zaradzić jest spora część tej książki.

Z powodów oczywistych ograniczono nam wolność. Czym ona jest dla człowieka? Jak powinniśmy o niej myśleć, traktować? 

Wolność to stan umysłu. Jeśli ktoś żyje w roli ofiary, to nawet niezliczoną ilość możliwości i wolność podejmowania decyzji uzna za uciemiężenie i samodzielnie znajdzie argumenty, by tę wolność sobie ograniczyć. Człowiek, który żyje powtarzając w kółko “nie mogę, bo” jest człowiekiem zniewolonym przez ograniczenia, które sam sobie organizuje. Czasem zniewolenie jest strefą komfortu, bo jest stanem umysłu człowieka. Taki człowiek wolność traktuje jako zagrożenie. 

Dla kontrastu, nawet człowiek w niewoli może czuć się wolny. Viktor Frankl, więzień Auschwitz, psychiatra i terapeuta, poruszył to zagadnienie w swojej książce “Człowiek w poszukiwaniu sensu”. 

Osobiście czuję się wolnym człowiekiem bez względu na okoliczności. W każdej sytuacji mamy wybór i wolność, by z niego skorzystać. Mamy niezliczoną wręcz ilość możliwości i rozwiązań. Czasami wystarczy tylko otworzyć zaciśnięte ze strachu oczy. Nawet siedząc w domu z czwórką dzieci, psem, dwoma kotami i żółwiem, miałam wybór, co z tym zrobię. Czy będę wredną, zgorzkniałą sfrustrowaną babą, która drze się na dzieci, przegania koty i szturcha psa czy też będę z uśmiechem witała każdy dzień i każdą jego minutę wykorzystam na dzielenie się spokojem, dobrem, miłością i empatią. To brzmi jak jakaś chora sielanka. Jednak każdy, kto przeczyta książkę dowie się, że niemal straciłam w tym czasie syna. Zanim doszłam do stanu wewnętrznego spokoju, musiałam przejść przez pięć etapów żałoby i poradzić sobie z takimi samymi emocjami jak wszyscy. Jednak ja zawsze szukam, co dobrego może z tego wyniknąć. Zawsze coś się znajdzie. Zawsze umiem tak zinterpretować rzeczywistość, że wśród gruzów widzę materiał budowlany, a nie śmieci po tym, co się rozpadło. Tego można się nauczyć. W książce opisuję jak to zrobić. 


W swojej książce nie ukazujesz lukrowanego życia Matki Polki gotującej obiady swoim dzieciom i odrabiającej z nimi lekcje. Mówisz, że było ciężko. Co więc było najtrudniejsze podczas pobytu jakby to nie ująć – na małej powierzchni, gdzie przestrzeń własna w zasadzie jest mocno ograniczona albo w ogóle nie istnieje?

Dla każdego członka mojej rodziny co innego okazało się trudne. Dla dorastających synów był to brak możliwości spotykania się ze swoimi dziewczynami i kolegami. Dla dziewięcioletniej Ady i trzynastoletniego Krystiana z zespołem Downa najtrudniejsze było wspólne bytowanie na jednej powierzchni, bo Ada ma ADHD a Krystian lubi ciszę i spokój. Skacząca mu po głowie Ada doprowadzała go do szału i był gotów utopić ją w łyżce wody. Moim zadaniem było obserwowanie i neutralizowanie punktów zapalnych. Podejmowaliśmy ważne decyzje, np. odnośnie spotkań chłopaków z dziewczynami, wspólnie jako cała rodzina. Ja nie ukrywam przed dziećmi niczego. Mówię jak jest. Potem głosujemy. Wszyscy są świadomi, dlaczego taka a nie inna decyzja zostaje podjęta. Łatwiej się z nią pogodzić, jeśli jest się częścią procesu decyzyjnego. 

Czego o sobie samej dowiedziałaś się podczas zamknięcia w domu? A czego dowiedziałaś się o swoich dzieciach? 

Dowiedziałam się, że mam niesamowite dzieciaki. Chociaż nie, ja to zawsze wiedziałam (śmiech). Podczas kryzysu procentuje to, czego ich własnym przykładem – nie moralizowaniem, a przykładem – uczyłam. 

Ja nauczyłam się, że mogę wyłączyć się i skupić nad tym, co mam do zrobienia nawet przy galopujących zwierzakach i wrzeszczących dzieciach. Warunek jest jednak taki, że to, co robię jest dla mnie wystarczająco ważne i ja sama jestem dla siebie wystarczająco ważna, by tego bronić. Wszyscy zdaliśmy pandemiczny egzamin. 

Jaką lekcję powinniśmy odebrać jako ludzie w tym trudnym czasie? 

Tylko miłość i empatia oraz szacunek do siebie i innych nas uratują. Najlepiej poczujesz się robiąc coś dobrego dla drugiego człowieka. Jeśli siejesz złość i grozę, to samo otrzymasz od innych, a Twoje życie zmieni się w piekło. Jeśli jednak – nie oczekując niczego – robisz dla drugiego tyle, ile możesz, to życie okaże się piękne bez względu na okoliczności. I tym “drugim” może być żona, mąż, dzieci, teściowa, sąsiad czy obce dziecko w lesie. Zamiast się na nie drzeć, spytaj, czy możesz mu pomóc przenieść tą ciężką gałąź. Spytaj, co buduje. Dzieci mogą nas wiele nauczyć. 

Mówi się, że maseczki i dystans społeczny zabiera nam możliwość kontaktu międzyludzkiego, relacje już nie są takie jak były, zaufanie maleje. Człowiek w maseczce jest podobny do każdego. Omija się go jakby był trędowaty. A jak Ty to odbierasz? Czy Twoim zdaniem będziemy umieli po tym wszystkim wrócić do normalnego życia, wspólnych kaw ze znajomymi, imprez rodzinnych i beztroskich rozmów bez obawy, że każdy stanowi zagrożenie dla każdego? 

Ja cały czas obserwuję zupełny brak dystansu między ludźmi. Jeszcze parę dni temu były pełne knajpy i brak maseczek. Teraz reżim jest znowu coraz większy. Czerwona strefa objęła cały kraj. Osobiście maseczki mi nie przeszkadzają w bliskości. Oczy człowieka w masce stają się o wiele bardziej wyraziste. Są maseczką podkreślone. Wyrażają mnóstwo emocji. Patrzę ludziom w oczy i czuję ich emocje. 

Człowiek wbrew pozorom ma ogromne umiejętności adaptacyjne. Jak już przestanie kurczowo trzymać się gałęzi, na której siedzi i zanurzy się w nową rzeczywistość, to może ona okazać się lepsza od poprzedniej. Już teraz rozmawiając z ludźmi, słyszę takie opinie “Wiesz, ja to nawet polubiłam/polubiłem tę pandemię. Pracuję z domu, czego wcześniej się bałam/bałem, chociaż chodziło mi to po głowie. Znowu chodzę z dziećmi do parku, na co kiedyś nie było czasu. Widzę mnóstwo plusów.” 

Świat i w ogóle życie, wszelkie relacje zeszły ze świata rzeczywistego do tego wirtualnego. Nowe technologie zaczynają być doceniane i coraz ciekawiej wykorzystywane. Okazało się też, że wiele spraw możemy załatwić zdalnie... Powinniśmy się cieszyć? Bo moim zdaniem, gdy się to wszystko skończy, trzeba będzie się na nowo uczyć drugiego człowieka. 

Ja się z Tobą nie zgodzę. Myślę, że nowe technologie nie wykluczają kontaktu z drugim człowiekiem. Obserwuję moich synów, a ostatnio córkę, która ma już swój telefon i komputer do nauki. Czasem przesyt świata wirtualnego sprawia, że pragniemy powrócić do rzeczywistego. Wtedy rodzi się zdrowa równowaga. Urządzenia elektroniczne stają się narzędziem, również do utrzymania kontaktów międzyludzkich w czasie pandemii. Ja w nich nie widzę zagrożenia, a narzędzia. Człowiek zawsze będzie potrzebował ciepła drugiego człowieka. Elektronika tego nie zapewni. 


Co stracimy, jak się to wszystko skończy? A może właśnie zyskamy i nie należy tego okresu rozpatrywać w kategorii strat? 

To w dużej mierze zależy od tego, jak każdy z nas potraktuje doświadczenia pandemiczne. Czy zdecyduje się skupiać na stratach, bo te z całą pewnością dotykają każdego, czy też pozwoli sobie te straty opłakać, zaakceptuje nowe okoliczności i zacznie robić nowe plany. Od straty do sukcesu wiedzie niezbyt daleka droga, ale trzeba wiedzieć, którędy iść, żeby nie popaść w depresję, nałogi i permanentne użalanie się nad sobą, czyli życie w roli ofiary. 

O czym przypomina nam pandemia? 

O tym, jak daleko odeszliśmy od bliskich. Goniąc za lepszym jutrem, nie spędzamy czasu z najbliższą rodziną. Nie znamy już naszych partnerów i dzieci. W imię lepszego jutra, gotujemy im piekło każdego dnia, skazujemy na samotność. Czy wiesz, że największym marzeniem większości nastolatków zgłaszanych przez rodziców na terapię jest spędzanie czasu z rodzicami?! Pomyśl, jaki to przerażający paradoks. Rodzic nie ma dla dziecka czasu, bo haruje w imię lepszej dla niego przyszłości. Dziecko choruje z braku miłości i z poczucia odrzucenia. Rodzic wysyła więc dziecko na terapię, gdzie to dziecko opowiada obcej osobie o tym, że tęskni za rodzicem, który siedzi przed gabinetem i w tym czasie wysyła ważne maile albo uzupełnia tabelki excellowskie. Pozostawiam to bez dalszego komentarza. 

Jak długo w języku polskim, ale pewnie nie tylko w nim wyrażenia związane z koronawirusem zostaną w naszym codziennym języku? Jak myślisz, ile potrwa okres wychodzenia z traumy? 

Myślę, że to naprawdę zależy od tego, jak każdy człowiek indywidualnie podejdzie do tematu. Znam rozwódki, które dwadzieścia lat po rozwodzie nie mogą przestać opowiadać o tym, jaki mąż był dla nich okropny i jak im zrujnował życie. Minęło 20 lat, a one nadal mentalnie tkwią w tamtym małżeństwie! 

To samo będzie i w tym przypadku. Jeśli skupisz się na tym, czego nie możesz i co straciłaś i do końca życia będziesz winiła koronawirusa za wszystkie niepowodzenia, to Twoja trauma nigdy nie minie. Jeśli jednak ocenisz obiektywnie obecny stan i każdego dnia nauczysz się przyrządzać najlepsze danie z tego, co masz akurat w lodówce, to Twoja trauma skończy się tego dnia, kiedy tego się nauczysz, a koronawirusa będziesz wspominała z wdzięcznością, bo być może blog kulinarny pt. “Gotuj z resztek” stanie się Twoją nową pasją i źródłem utrzymania. To oczywiście przenośnia, ale obrazuje pewną filozofię, którą osobiście wyznaję. 

Czy okres pandemii można porównać do depresji? Jeśli tak, to który etap byś jej przypisała? 

Depresja jest jednym z pięciu etapów żałoby. Podczas pandemii doświadczamy wielu strat, więc procesy żałoby po każdej z nich nakładają się i może okazać się, że zejdą się właśnie na etapie depresji. Depresja jest najbardziej niebezpiecznym skutkiem pandemii, izolacji, strat i lęków. Dlatego tak ważne jest przeżywanie wszystkich emocji na bieżąco. Nie staraj się być siłaczką. Płacz, kiedy jest ci smutno, złość się, przeżywaj świadomie wszystkie etapy żałoby. One pojawiają się i odchodzą. Na końcu czeka akceptacja, a po pewnym czasie nawet wdzięczność. A dzisiejsza wdzięczność za wczoraj jest największą siłą na jutro. 

Czy ten czas może zmienić nasze priorytety? Co zaobserwowałaś w swoim otoczeniu? Jak zmienił Twoje plany? 

Nauczyłam się szybciutko robić nowe plany. Zawsze mam plan B, a jak nie wypali, to lecę po kolejnych literach alfabetu. Nauczyłam się, że najlepszy plan na życie to niezaplanowana zmiana planów (śmiech). 


Jakie emocje pozytywne i negatywne zaobserwowałaś wśród dzieci? Czy udało im się oswoić z sytuacją? 

Moje dzieci niezwykle świadomie przeżywają swoje emocje. W naszym domu jest przestrzeń i przyzwolenie na doświadczanie wszystkich. Rozmawiamy o wszystkich, szanujemy wszystkie. Wszystkie dzieci bardzo wydoroślały przez ostatnie miesiące. Troje z czworga już od września przeszło na edukację domową. To jest bardzo ciekawe doświadczenie dla nas wszystkich. Są wzloty i upadki, ale wszyscy bardzo dużo się uczymy. O sobie samych i o pozostałych członkach rodziny. Ja uczę się razem z dziećmi, bo dopiero teraz widzę dziury w mojej wiedzy. Adę interesuje historia, której w programie trzeciej klasy szkoły podstawowej nie ma. Razem więc szukamy informacji w Internecie, bo moja wiedza na temat wojen i rozbiorów, które moją córkę fascynują jest niewystarczająca. Nigdy nie sądziłam, że tę młodą istotkę mogą fascynować takie zagadnienia, a tu proszę jaka niespodzianka. Adzie najbardziej w tym wszystkim brakuje innych dzieci, koleżanek, szkolnego gwaru, ale uczy się doceniać prawdziwą przyjaźń. Ma jedną przyjaciółkę na osiedlu i bardzo zacieśniły się ich relacje. Uważam, że to zdrowe. 

Moi dorastający synowie przechodzą przeobrażenie z dzieci w mężczyzn. Nie jestem w stanie ogarniać codzienności sama i odpowiadać na wszystkie potrzeby wszystkich dzieci. Chłopaki zmieniają się z dzieci, które stwierdzają, że w mące są robaki i czekają aż mama posprząta, w dorosłe istoty, które stwierdzając że jest problem, natychmiast biorą się do jego rozwiązania. To bardzo ważny proces, który teraz został przyspieszony. Ich relacje z rówieśnikami zostały poddane weryfikacji. Aleks i Michał nie chodzą na osiemnastki, nie spotykają się na imprezach, które młodzież nadal urządza. Wzięli na siebie swoją część odpowiedzialności za zdrowie i bezpieczeństwo naszej rodziny. Spotykają się wyłącznie z dziewczyną albo z najbliższym przyjacielem. Teraz okazało się, kto nim jest. 

Myślę, że to dotyczy każdego z nas. Każdy z nas zwrócił się do jednaj, dwóch najbliższych osób i tę relację bardziej niż wcześniej pielęgnuje. Zamiast setek powierzchownych znajomości, dopieszczamy te najbliższe. To bardzo zdrowy trend. 

I tym optymistycznym akcentem dziękuję za chwilę rozmowy na tak ważny dla społeczeństwa temat.

Rozmawiała

Brak komentarzy